RZECZY Z DZIECIŃSTWA, KTÓRYM ZAWDZIĘCZAM SIEBIE

RZECZY Z DZIECIŃSTWA, KTÓRYM ZAWDZIĘCZAM SIEBIE

Ostatnio dużo rozmyślałam nad tym, co to właściwie znaczy być sobą, żyć ze sobą w zgodzie, lubić siebie. Wszyscy wymieniają to jako czynnik niezbędny do bycia szczęśliwym, no a przecież bardzo chcę taka być. I tak myśląc sobie o sobie doszłam do wniosku, że warto może cofnąć się w czasie i spojrzeć na siebie przez pryzmat swojego dzieciństwa. Spojrzałam i udało mi się wyróżnić kilka rzeczy, które miały na mnie olbrzymi wpływ.


zabawa z dzieciństwa


PIANINO

W szkole podstawowej przez sześć lat chodziłam na lekcje gry na pianinie do ogniska muzycznego. Zaczynałam od nauki nut, a doszłam do nie najgorszego poziomu. I co prawda o ile z samego grania właściwie nic mi już nie zostało – umiem tylko marnie wybrzdąkać Wlazł kotek na płotek – to jednak cały czas tkwi we mnie najważniejsza lekcja, jaką dały mi te zajęcia. Tak jak w przypadku pianina, tak i w całym życiu efektów nie osiąga się bez ćwiczeń. Trening czyni mistrza. Banał, prawda? Ale jak łatwo o nim zapomnieć. Ileż to razy nie chciało mi się nawet otworzyć klapy nad klawiaturą, ale jednak to robiłam, bo satysfakcja z osiągniętej płynności rekompensowała wszystko. Nauczyłam się, że warto zmusić się do roboty, regularnie nad czymś pracować, no nigdy, naprawdę nigdy nie żałuje się osiągniętego wyniku.

LEGO

Nie wiem, czy mogę posunąć się aż do stwierdzenia, że dzięki zabawie klockami Lego jestem teraz architektem wnętrz, ale jestem pewna, że właśnie te małe, plastikowe elementy rozwinęły we mnie artystyczną, kreatywną duszę. Kupowanie nowego zestawu i składanie go według instrukcji było naprawdę fantastycznym, emocjonującym przeżyciem. Ale jeszcze zabawniejsze było rozwalania idealnie złożonych klocków i tworzenie z nich czegoś, czym wcześniej nie były. Zamek z części do budowy samolotu? Proszę bardzo. Statek z elementów auta wyścigowego? Jasne. Tor przeszkód dla koni, zbudowany z fragmentów salonu fryzjerskiego? Pewnie, że tak. Naprawdę, przy klockach lego moja dziecięca wyobraźnia nie znała granic.

rockclimbing in Margalef

SPORT

Nigdy w zasadzie nie uprawiałam żadnego sportu wyczynowo. Ale odkąd pamiętam, zawsze przynajmniej raz w tygodniu szłam na jakieś sportowe zajęcia popołudniowe. W przedszkolu uczęszczałam do szkółki łyżwiarskiej. Na początku podstawówki chodziłam na basen. Potem zapisałam się do SKS (ktoś jeszcze pamięta, co to takiego? Szkolny Klub Sportowy) na sekcję siatkówki i przez kilka lat grałam nałogowo na wszelkiego typu boiskach. Albo na placu pod domem, gdzie za siatkę służył nam trzepak. Razem z innymi dziewczynami jeździłyśmy na międzyszkolne zawody (bez sukcesów), a ja na rok zapisałam się nawet do miejskiego klubu i dostałam koszulkę w barwach drużyny! A jak już mi się znudziło odbijanie piłki, to zaczęłam tańczyć. Przerobiłam mnóstwo stylów tanecznych w kilku różnych szkołach tańca. A potem wreszcie znalazłam moją idealną dyscyplinę, czyli wspinaczkę.
I choć naprawdę nigdy nie myślałam o sporcie jako o sensie mojego życia, to jednak zawsze tworzył on część mnie. Nauczył mnie nie tylko pracy nad własnym ciałem, ale też bycia częścią drużyny. I choć nie mogę powiedzieć, że to treningi wykuły mój charakter, to jednak uważam to za ważną część mojego dzieciństwa.

SŁOWA

Kiedy nie przekraczałam jeszcze metra wzrostu, a litery dla mnie nie istniały, moja mama siadała na dywanie obok mojego łóżka i czytała mi na głos niesamowite historie. Potem sama nauczyłam się odcyfrowywać te dziwne, wydrukowane znaczki i zaczęłam nałogowo pochłaniać książki, mniej lub bardziej wartościowe. A jak już perfekcyjnie umiałam czytać, to zaczęłam też pisać. I tak cały czas. Naprawdę od kilkunastu lat piszę i czytam. Czasem bardziej regularnie, czasem mniej, ale nieprzerwanie. Swoje teksty chowałam do szuflady albo publikowałam na licznych blogach. Czasem wysyłałam jakiś na konkurs. A książki, które zajmują cały ogromny regał z moim pokoju, a nawet już się na nim nie mieszczą, przestałam liczyć już ładnych parę lat wstecz.

spacer z psem w lesie

MAŁY PRZYJACIEL

Od zawsze chodziłam za członkami mojej rodziny i powtarzałam, jak zacięta płyta, że chcę mieć zwierzątko. Najchętniej psa. Ale jak się nie da, to może chomika. Albo żółwia. A może chociaż małą myszkę? Pierwszy egzamin z odpowiedzialności zdałam, gdy w wieku sześć lat dostałam od Świętej Mikołaja interaktywną zabawkę – Furby’ego. Trzeba było się nim zajmować. Dawać jeść, bawić się, uczyć do nowych rzeczy, kłaść spać. Bawiłam się nieprzerwanie przez kilka ładnych lat, aż wreszcie, kiedy miałam trochę ponad dziewięć lat, zapadła decyzja – kupujemy psa! I tak dołączyła do nas Nutka, która towarzyszyła mi zawsze, gdy zostawałam w domu sama. Wychodziłam na spacery. Głaskałam. Uczyłam. No, wszystko. Nutki już co prawda nie ma, ale we mnie dalej tkwi miłość do czworonożnych przyjaciół człowieka. I świadomość, że drugą istotą trzeba się zająć. Bez względu na to, czy czasem coś nabroi, trzeba ją kochać i być dla niej. Taka jest miłość.
3 MIESIĄCE WSPÓLNEGO ŻYCIA

3 MIESIĄCE WSPÓLNEGO ŻYCIA

Tego lata, mając na karku numerek dwadzieścia trzy, pierwszy raz w życiu wyprowadziłam się z domu na swoje. Co prawda mieszkałam już wcześniej w mieszkaniu studenckim, ale to jednak nie to samo, co swoje własne gniazdko, nawet, jeśli tylko wynajęte. W moim gniazdku był jeszcze jeden mieszkaniec.


Z moim chłopakiem byliśmy już wcześniej wielokrotnie na wakacjach, więc miałam jakie-takie pojęcie o tym, że nie chrapie, nie przeszkadza mu zmywanie i nie opuszcza deski (a który opuszcza?). No, ale jednak wakacje to nie wspólne mieszkanie.

dorosły związek i spędzanie razem czasu


MAŁO CZASU

Pierwsze kilka dni w naszym gniazdku to była czysta przyjemność. Michał miał kilka dni wolnego, ja jeszcze nie zaczęłam praktyk. Wstawaliśmy bez budzika i cieszyliśmy się dniem. Gotowałam super obiady, upiekłam ciasto, którym zajadaliśmy się na deser, oglądając filmy. Ale laba nie trwała długo. Gdy tylko oboje poszliśmy do naszych prac, okazało się, że prawie nie spędzamy razem czasu. Praca, obiad, mój czyta gazetę, ja idę na trening, kolacja, spać. Następnego dnia on ma nocny dyżur, więc widzę go przez trzydzieści sekund, kiedy w korytarzu przekazuje mi kluczyki do auta. A na drugi dzień odsypia, a potem ja akurat muszę popracować po południu w domu.
Okazało się, że właśnie tak wygląda większość dni. Czasem również weekendy. Czy to coś zmienia? Nie. Oboje to rozumiemy i po prostu staram się czerpać tyle, ile tylko się da z dni i momentów, kiedy mamy czas tylko dla siebie. I to działa. A gdy trochę zatęsknimy, działa jeszcze lepiej.

CO NA OBIAD?

Kolejną rzeczą, o której nigdy wcześniej nie powiedziałabym, że może czasem sprawić problem, była kwestia organizowania posiłków. Mój chłopak na szczęście jest wszystkożerny, więc problemem nie było, co zjeść, a raczej ile. Przez pierwsze tygodnie ciągle, CIĄGLE zostawały nam resztki i nie nadążaliśmy ze zjadaniem ich. Sporo niestety musieliśmy wyrzucić.
Okazało się też, że ze względu na odmienną narodowość, nie do końca znamy swoje potrawy. Kilkakrotnie zdarzyło mi się odkryć w lodówce coś, co nie miałam pojęcia, jak się je. I odwrotnie. Michał wyciągał coś z szafki z dziwną miną, a przecież dla mnie to było oczywiste.

związek na odległość, czyli tęsknota


TO KONIEC

Wspólne zamieszkanie było ostatnim planem, jaki mieliśmy przygotowany. Nastąpił koniec ustalonych wspólnych wycieczek czy odwiedzin. Gdy zbliżał się moment mojego wyjazdu na kolejny rok rozłąki, zaczęło mnie to trochę przerażać, bo sądzę, że posiadanie ZAWSZE jakiejś ustalonej daty spotkania było jednym z filarów tego, że udało nam się w ogóle przetrwać. Na szczęście jednak dosłownie na chwilę przed moim wyjazdem udało nam się zaplanować kolejne wspólne wakacje. Od razu zrobiłam się spokojniejsza.

TERAZ TO JUŻ Z GÓRKI

Kiedy pierwszy raz się rozstawaliśmy, widziałam nadchodzące dwa lata w naprawdę ciemnych barwach. To jednak był kawał czasu. A teraz została już mniej niż połowa. W najgorszym razie – dziesięć miesięcy. To mniej niż rok, czyli naprawdę niewiele. Szczególnie, że dla nas obojga będzie to czas pełen pracy. Przeleci jak z bicza strzelił.
DLACZEGO WARTO POJECHAĆ NA ERASMUSA? MOJE DOŚWIADCZENIA

DLACZEGO WARTO POJECHAĆ NA ERASMUSA? MOJE DOŚWIADCZENIA

wyjazd na studia za granicę


W zasadzie od zawsze myśląc o studiach, miałam w głowie zaplanowane, że wykorzystam wszelki możliwości stypendialno-wyjazdowe do cna. Oczywiście, na szczycie tej listy znajdował się wyjazd na Erasmusa. Kiedy więc tylko zaliczyłam pierwszy rok, co pozwalało mi wziąć udział w procesie rekrutacji, rozpoczęłam przygotowania.

TO MUSI BYĆ HISZPANIA

Wcześniej byłam w Hiszpanii tylko raz, na krótkim, wspinaczkowym wyjeździe z przyjaciółmi. Bardzo mi się wtedy spodobało, poznaliśmy też kilka miejscowych osób, z którymi do dziś udaje mi się utrzymywać kontakt. Hiszpania uchodzi za raj dla wspinaczy, dlatego dla mnie było prawie oczywiste, że to tam pojadę na Erasmusa. Wybór miałam całkiem niezły. Jedną hiszpańska uczelnię odrzuciłam z powodu skomplikowanego dojazdu z któregokolwiek lotniska, z dwóch pozostałych wybrałam tę, która wydawała się mieć wyższy poziom.


OCZEKIWANIA

Jechałam z nikłą znajomością języka hiszpańskiego, miałam więc nadzieję, że przynajmniej uda mi się nauczyć go na tyle, żeby wystarczał do bieżącej komunikacji. Chciałam też poznać nowe osoby, zmienić na jakiś czas otoczenie i – nie ukrywam tego – pożyć typowo studenckim, erasmusowym życiem. Dodatkowo, planowałam pozwiedzać ciekawe miejsca i poznać trochę świata. Miałam szczęście wyjechać do niewielkiej miejscowości, dzięki czemu koszt utrzymania nie przerósł mojego budżetu i rzeczywiście mogłam sobie pozwolić na podróżowanie czy, ogólnie rzecz ujmując, korzystanie z życia. Dodatkowo, moja uczelnia pozwoliła mi przedłużyć pobyt o kolejny semestr, dzięki temu w Hiszpanii spędziłam dziesięć miesięcy, a to już naprawdę kawałek czasu.

studenci na erasmusie kończą uczelnię

MÓJ ZYSK

Teraz, z perspektywy czasu widzę, że Erasmus dał mi dużo więcej, niż mogłam przypuszczać. Czystym zyskiem dla mnie jest nie tylko to, że nauczyłam się języka na poziomie, który pozwala mi teraz spokojnie myśleć o pracy w Hiszpanii, czy fakt, że na własne oczy widziała kilka znanych, wartych odwiedzenia miejscowości. Zderzenie w inną kulturą, życie w niej i konieczność zaakceptowania jej sprawiła, że jestem teraz innym człowiekiem. Bardziej otwartym na to, co dawniej uważałabym pewnie za dziwactwo. Łatwiej nawiązuję kontakty, chętniej poznaję ludzi. Dodatkowo, inny sposób prowadzenie zajęć na hiszpańskiej uczelni i nieco inne wymagania, a także życie z dala od tego, co znane, sprawiły, że zostałam zmuszona do nieustannego samorozwoju i samodzielnego szukania odpowiedzi na pytania i problemy. Dzięki temu stałam się bardziej świadoma tego, co umiem, a z czego powinnam się jeszcze podszkolić.

A DLACZEGO TY POWINIENEŚ POJECHAĆ NA ERASMUSA?

No dobrze, moje doświadczenia rzeczywiście wyglądają, jak z bajki. Ale dlaczego ty, właśnie ty powinieneś zdecydować się na wyjazd? Poniżej kilka mniej oczywistych powodów:
  • możesz już nigdy nie mieć takiej możliwości – naprawdę, wraz z końcem studiów już nikt nigdy nie zaoferuje ci, że zapłaci za twoje utrzymanie za granicą tylko po to, żebyś czegoś się nauczył, ale jednocześnie świetnie spędzał czas. A już na pewno nie za to, żeby trwało to kilka miesięcy.
  • będziesz miał dokąd pojechać na wakacje – nawiązane w czasie wyjazdu międzynarodowe kontakty sprawią, że będziesz miał pomysł na wakacyjne wyjazdy przynajmniej na kilka lat do przodu. I to prawdopodobnie z darmowym, albo przynajmniej niezbyt drogim noclegiem u znajomego/ po znajomości. Dodatkowo nikt tak nie pokaże ci Paryża, jak rodowity paryżanin poznany na Erasmusie.
  • rozwiniesz skrzydła – wyjazd zmusi cię do wyjścia poza strefę własnego komfortu, a to jedyna droga do rozwoju. A przecież chcesz się rozwijać, prawda?
  • doceni to pracodawca – bo zobaczy, że robisz coś więcej, niż tylko zaliczać semestr za semestrem, zobaczy, że ci się chce i że nie boisz się zmian. Naprawdę, takie cechy są w cenie.
  • dojrzejesz – przenosiny za granicę to chyba najszybszy proces dojrzewania, jaki istnieje. Nagle już nie możesz poprosić mamy/taty, żeby coś załatwili czy zorganizowali, nie bardzo masz też komu się wypłakać. Dorosłość staje przed tobą i wymaga, byś sam żył swoje życie. To cenna umiejętność. I najlepsze – to nie mija po powrocie do kraju.
STUDENCIE, OLEJ WYKŁAD

STUDENCIE, OLEJ WYKŁAD

student na uniwersytecie robi notatki

Wstajesz kwadrans po tym, jak zadzwonił twój budzik. Jedno oko nawet nie chce się otworzyć. Przełykasz w biegu co popadnie, wciągasz na siebie pierwszą lepszą koszulkę i biegniesz na uczelnię. Siadasz gdzieś z tyłu, żeby schować się przed wzrokiem wykładowcy. Po dziesięciu minutach zaczynają zamykać ci się oczy. Albo wyciągasz telefon i przeglądasz fotki na Instagramie. Brzmi znajomo? No właśnie.

STRATA CZASU

Teraz zlinczują mnie wszyscy profesorowie, ale tak – wykład to może być strata czasu. Na przykład, jeśli jest tak nudny, że wolisz spędzić cały ten czas na liczeniu kratek na kartce notatnika. Jest też absolutnie bezużyteczny, gdy jesteś tak zmęczony, że po dziesięciu minutach zaczynasz cicho pochrapywać w ostatnim rzędzie. Jako osoba kończąca właśnie studia, dam ci, studencie, taką radę: nie idź. Naprawdę nie ma sensu iść na zajęcia, z których nic nie wyniesiesz.


nudny wykład i studenci na uniwersytecie


CZAS DLA SIEBIE

Otrzymany dzięki opuszczeniu wykładu czas warto dobrze zainwestować. Wtedy nie tylko go nie stracisz, ale wręcz możesz zyskać w stosunku do innych studentów, co w przyszłości pomoże ci wyróżnić się z tłumu na przykład w czasie szukania pracy. Nadprogramową godzinę wykorzystaj na samorozwój, a to na pewno kiedyś zaprocentuje. W czasie okienka można na przykład przejrzeć oferty stażów i praktyk, albo poszukać lepszej pracy. Masz przy sobie książkę? Świetnie, czytaj! Jeszcze lepiej, gdyby była to pozycja, która pozwoli ci zdobyć wiedzę, która później przyda ci się w życiu zawodowym. A może wykupiłeś kurs online albo chcesz posłuchać kilku podcastów? Czas, który zaoszczędziłeś na wykładzie, świetnie się do tego nada. W dodatku jeśli poświęcisz go na coś wartościowego, nie będziesz miał absolutnie żadnych wyrzutów sumienia (mnie się dość często zdarzały). I jeszcze jedno – jeśli naprawdę nie dospałeś poprzedniej nocy, zmykaj do łóżka. Sen to podstawa skutecznej nauki.

DAJ SZANSĘ

Chciałabym jednak podkreślić, że decydowanie z góry, że będziesz opuszczał wykłady, bo to przecież nudne jak flaki z olejem wypociny jakiegoś starszego psorka, to nie najlepszy pomysł. Na początku daj szansę wszystkim przedmiotom i prowadzącym. Wbrew pozorom większość zajęć naprawdę wnosi coś nowego i ciekawego. Nigdy też nie możesz do końca przewidzieć, co i kiedy może okazać się przydatne. Odpuszczaj tylko te zajęcia, które ewidentnie są stratą czasu.

Na moim studiach na szczęście większość przedmiotów okazała się przydatna, choć trafiła się też jakaś typowa programowa zapchajdziura. A jak to było u Was?


#01 MIESIĄC Z JUST | WRZESIEŃ

#01 MIESIĄC Z JUST | WRZESIEŃ

takie trampki wyjazd do Rodellar


Obserwując inspirujące mnie blogi, zauważyłam, że ich autorzy bynajmniej nie pozostają anonimowi. Ja również wolałabym nie być dla was jakąś tam osobą X. Dlatego postanowiłam trochę się przed wami odsłonić i pokazać co nieco z mojej codzienności.

Seria wpisów MIESIĄC Z JUST to comiesięczny post, w którym będę pisać po krótce o tym, co u mnie słychać, oraz podzielę się tym, co dobrego mnie spotkało w minionym miesiącu. Znajdziecie w nim rzeczy, które ostatnio odkryłam i które polecam, aktualne wydarzenia z mojego życia oraz kilka refleksji na temat ostatnich tygodni. Zapraszam!





TROCHĘ PRYWATY


Wrzesień był dla mnie miesiącem małej zmiany, która dużo mnie kosztowała. Mianowice odkryłam zasadniczy błąd, który dotąd popełniałam, organizując czas. Nakładałam na siebie zbyt wiele, jednocześnie dość optymistycznie szacując czas potrzebny na wykonanie zaplanowanych czynności, co powodowało, że co tydzień na liście „do zrobienia” widniało sporo tematów, których nawet nie zaczęłam. Zgromadzona w ten sposób frustracja znalazła jednak ujście i dzięki temu zrozumiałam, że czas na poprawę.



We wrześniu spełniłam jedno z moich wspinaczkowo-turystycznych marzeń, jakim był wyjazd do Rodellar. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć vloga z tej wycieczki, to zapraszam na MÓJ KANAŁ YOUTUBE. Co prawda zmęczenie, spowodowane nagromadzonym stresem i długotrwałym brakiem porządnego odpoczynku od sportu spowodowały, że wspinaczkowo wyjazd nie był może idealny, niemniej jednak jestem bardzo zadowolona. Odpoczęłam, oczyściłam głowę, przemyślałam sprawę dalszego treningu i odkryłam piękno tego uroczego hiszpańskiego pueblo.
We wrześniu udało mi się też uzupełnić moje PORTFOLIO PROJEKTOWE (może nie wiecie, ale zawodowo zajmuję się architekturą wnętrz), na które serdecznie was zapraszam. Ciągle widzę rzeczy, które da się w nim poprawić, ale myślę, że już mogę się nim pochwalić.

BLOG


Wrzesień był dla bloga i powiązanych z nim kont w mediach społecznościowych miesiącem rozbiegu. Udało mi się publikować posty w miarę regularnie. Mam też nadzieję, że były to dla was ciekawe teksty.

Wrześniowe posty:


WRZEŚNIOWE ODKRYCIA


Jednym z nich jest piosenka, którą dość często można usłyszeć w hiszpańskim radiu. Nie jest to może szczyt muzycznego gustu, słowa też zresztą szczególną mądrością nie grzeszą, ale zwyczajnie mi się spodobała i, ku nieszczęściu mojego chłopaka, słucham jej teraz na okrągło.



Kolejnym moim odkryciem był blog JESTRUDO.PL. Trafiłam na niego w czasie poszukiwania poradników dotyczących blogowania i… się zakochałam. Nie przeczytałam jeszcze całego bloga, ale nie wykluczam, że kiedyś zajrzę do wszystkich postów. Zachwyciła mnie zarówno treść, jaką przekazuje Natalia, oraz lekko ironizujący styl, jakim pisze. No i dodatkowo blog jest różowy, a naprawdę uwielbiam ten kolor.

I taki właśnie był mój wrzesień. Na październik mam kilka różnych planów, ale dwa najważniejsze to ogarnięcie studiów i rozpoczęcie z kopyta nowego planu treningowego. A Wy jak spędziliście wrzesień? Planujecie coś specjalnego w październiku?

RECENZJA APLIKACJI PEDOMETER

RECENZJA APLIKACJI PEDOMETER

widok dzienny aplikacji krokomierz


Od dłuższego czasu śledzę w mediach społecznościowych kilka spośród licznych „fit dziewczyn”. Nie, żeby jakoś szczególnie interesowały mnie przepisy na czekoladowe omlety albo zdjęcia zerokalorycznych, wysokobiałkowych, niskotłuszczowych, samorobiących się muffinek. Po prostu czasem w tym wszystkim znajdzie się jakiś tani, fajny pomysł na w miarę zdrowe ciasto albo niezły zestaw ćwiczeń na najszerszy pleców. Jakiś czas temu zauważyłam, że nową modą jest wrzucanie zdjęć ekranu z liczbą kroków zrobioną w danym dniu. Jako że jestem osobą, która uwielbia wszystko liczyć, wkładać w cyferki, tabelki, wykresy i organizować aż do przesady, wydało mi się świetnym pomysłem sprawdzenie, ile ja tak naprawdę chodzę. Przejrzałam na szybko listę krokomierzy na Androida i mój wybór padł na PEDOMETER, bo wydał mi się ciekawy graficznie, a w dodatku pozwalał wybrać różowy jako kolor tła. We wrześniu, jak już pisałam TUTAJ, postawiłam sobie wyzwanie – 30 dni = 300 tysięcy (kroków dziennie), co nie tylko pozwoliło mi zwiększyć pieszą aktywność w ciągu dnia do zalecanych przez WHO dziesięciu tysięcy kroków dziennie, ale także dało mi solidną podstawę do ocenienia i zrecenzowania aplikacji.

ILE JA CHODZĘ!

Po pierwszych godzinach używania aplikacji poczułam się głęboko rozczarowana – tego dnia byłam na spacerze, a licznik wskazywał jakieś marne dwieście kroków. Już chciałam odinstalować program, twierdząc, że to jakaś ściema, ale odkryłam, że w menu nie tylko należy ustawić swoją płeć, wiek i wagę, ale także długość kroku. Ja ten ostatni parametr ustawiłam trochę metodą prób i błędów, bo byłam zbyt leniwa, żeby porządnie go zmierzyć, ale po kilku korektach trafiłam w odpowiedni wymiar. Dodatkowo, w menu aplikacji można dokonać korekty czułości krokomierza – to bardzo ważne; gdybym zabrała się za to od razu, mój pierwszy dzień nie byłby rozczarowaniem. Co prawda teraz mam wrażenie, że licznik wskazuje więcej, niż powinien, ale kilkakrotnie już dokonywałam porównań z liczeniem sobie w pamięci i na przestrzeni stu kroków różnica wynosi 3 – jestem w stanie zaakceptować taką rozbieżność.


ustawienia aplikacji krokomierz na androida

DO APLIKACJI DOKUP PIĘĆ POWERBANKÓW… ALBO ŻADNEGO?

Spodziewałam się takiego tekstu, dopisanego drobną czcionką gdzieś na dole ekranu. Ale wcale nie. Aplikacja świetnie działa w tle, nie zauważyłam absolutnie żadnego większego ubytku energii spowodowanego działaniem krokomierza. Aby ograniczyć nawet to minimalne zużycie, ustawiłam samoczynne wyłączanie się w godzinach mojego snu, które można zdefiniować w menu. Aplikacja działa bez Internetu i bez włączonej lokalizacji, więc nawet w podbramkowych sytuacjach, kiedy pozostał nam ostatni procent baterii, nie spowoduje niczego złego. Dodatkowo program sam jest w stanie ocenić, kiedy idziemy, a kiedy przemieszczamy się innym środkiem transportu, takim jak samochód czy schody ruchomy. Problemem jest dla niej natomiast rower, bo jeśli nie poruszamy się bardzo szybko, podlicza nam kroki jak w czasie normalnego marszu. Mnie to jednak nie przeszkadza, bo jednak rower to też aktywność fizyczna, a czy to krok, czy depnięcie w pedał, to już akurat jest dla mnie mniej istotne.

widok tygodniowy aplikacji krokomierz na androida

LICZ, ALE NIE UFAJ

Nie będę tutaj stawiać oceny jak w podstawówce. Po prostu powiem, że aplikacja w moim przypadku sprawdziła się stuprocentowo. Mój telefon nie obfituje w wolną pamięć ani nadprogramowe gigabajty internetu, a jest to jeden z nielicznych programów, którego używam naprawdę non stop. Fajnie, że oprócz samej ilości kroków podlicza też czas spędzony na chodzeniu i dystans, a nawet spalone kalorie, niemniej jednak wynikom tych ostatnich parametrów raczej nie ufam. Nawet krokomierzowi nie ufam całkowicie. Lubię widzieć mój dzień w liczbach, ale jednak sama wiem, czy spędziłam go aktywnie, czy nie.

30 DNI = 300 TYSIĘCY

A co z moim wrześniowym wyzwaniem? Tytułowe założenie, czyli zrobienie 300.000 kroków nie wydało mi się szczególnie trudne do osiągnięcia. Problemem była natomiast regularność. Jak widzicie na załączony obrazku, zdarzyło mi się kilka dni, gdzie nie wykonałam nawet połowy zamierzonych 10.000 kroków, na przykład z powodu całodziennej podróży samochodem albo spędzenia kilku godzin więcej w pracy. Niemniej jednak, zawsze starałam się tę ilość nadrobić, co było fantastyczną motywacją do przejścia się chociaż na krótki spacer przed snem. Myślę, że moje ciało kiedyś mi za to podziękuje.

widok miesięczny aplikacji krokomierz na androida


Póki co nie będę już kontynuować wyzwania, ale oczywiście będę się starać chodzić jak najwięcej, nie tylko dla cyferek, ale przede wszystkim dla zdrowia. Chętnie wypróbuję jesienne spacery w deszczy albo we mgle.


A Wy lubicie jesienne spacery? Liczycie kroki? A może znacie inne ciekawe fit aplikacje na Androida, których powinnam spróbować?
NIEBEZPIECZNI LUDZIE, PRZEZ KTÓRYCH NIGDY NIE BĘDZIESZ SZCZĘŚLIWY

NIEBEZPIECZNI LUDZIE, PRZEZ KTÓRYCH NIGDY NIE BĘDZIESZ SZCZĘŚLIWY

niebezpieczni ludzie | brak szczęścia


Masz wrażenie, że szczęście ciągle od ciebie ucieka? A przecież tak bardzo się starasz… Może jednak jest coś, co stoi twojemu szczęściu na przeszkodzie i co natychmiast powinieneś usunąć ze swojego życia? Co to takiego? To ludzie! Zwróć uwagę na to, kogo masz w swoim otoczeniu. Poniżej kilka typów, których natychmiast powinieneś pogonić i nigdy nie pozwolić im wrócić.

PASOŻYT


Termin pasożyt w naukach przyrodniczych odnosi się do organizmu, który żywi się tym, co zdobył dla siebie inny byt. Człowiek nie jest zaliczany do tej grupy. Ha, ha, bardzo śmieszne. Ja bowiem widzę sporą grupę pasożytów wokół. Co więcej, mogę nawet podzielić je na dwa rodzaje – pasożyt finansowy i pasożyt energetyczny. Co to znaczy? Ten pierwszy to taki kolega, który zawsze zapomina portfela, kiedy idziecie na piwo. Wbrew pozorom jest to typ mniej szkodliwy, bo co prawda ogołoci cię z ostatniego grosza, ale przynajmniej nie odbierze ci możliwości stania się znowu bogatym. A może nawet będzie cię w tym wspierał – w końcu chętnie spędzi z tobą kolejne popołudnie nad kuflem (tylko że akurat zostawi portfel w aucie). Pasożyt energetyczny to gorszy przeciwnik. To ten, który wyssie z ciebie motywację do działania. Im mniej energii będzie widział w tobie, tym żwawiej weźmie się za swoje sprawy. To taki typ, który słysząc o twoim nowym pomyśle, od razu znajdzie mnóstwo problemów, które na pewno, ale to na pewno napotkasz już pierwszego dnia próby jego realizacji. To ta osoba, która przestrzeże cię przed złem całego świata w taki sposób, że zniechęcisz się nawet do przewracania się na drugi bok w łóżku.

OCENIACZ NEGATYWNY


Bardzo groźny typ, w ekstremalnych przypadkach powodujący, że lądujesz u psychiatry. Unikaj go jak ognia. Ale uwaga – fantastycznie potrafi przybierać formę przyjaciela, rodzica albo nauczyciela. Charakterystyczne cechy – krytyczne spojrzenie omiatające z góry na dół za każdym razem, gdy mija was na ulicy ktoś bardziej oryginalny. Bardzo często z jego ust usłyszysz „Ta kobieta nie nadaje się na matkę!” albo „Jak można ubrać na siebie coś takiego?!”. Oczekuje, że przytakniesz i razem z nim oddasz się błogiemu ocenianiu tych, co wokół. Oceniacz najczęściej nie krytykuje ciebie, jednak miej się na baczności! Jego uwagi szufladkujące innych są znakiem, że o tobie może mówić dokładnie to samo.

POJAWIAM SIĘ I ZNIKAM


Mutacja genetyczna, dotykająca szczególnie partnerów i przyjaciół. Przejawia się niestabilnością zaangażowania. Raz daje ci odczuć, że jesteś tą osobą, bez której nie jest w stanie żyć, a raz nawet nie poznaje cię na ulicy. Jednego dnia zaprosi cię na romantyczny lot balonem, a drugiego zapomni, jak masz na imię. Pożywienie dla tej mutacji stanowią twoje nadzieje i oczekiwania. Trzeba jednak przyznać, że ten typ czasami nie jest niczemu winien, gdyż zwyczajnie nie zdaje sobie sprawy, że co wieczór karmisz jego mutację, sprawdzając co pięć minut skrzynkę odbiorczą i facebooka w oczekiwaniu na wiadomość. Na szczęście jest szansa, że na ten typ z czasem staniesz się odporny.

Niestety, mnie, jak pewnie wielu innym, sporo czasu zajęło dostrzeżenie i zdefiniowanie groźnych typów wokół. Nawet jeśli jeszcze nie wszystkich udało mi się usunąć, to przynajmniej wiem już, których i dlaczego powinnam unikać.

A jakie wy macie doświadczenia z niebezpiecznymi typami?
JAK NIE ZMARNOWAĆ JESIENI?

JAK NIE ZMARNOWAĆ JESIENI?

trampki na jesień | jak nie zmarnować jesieni


Już za kilka dni w kalendarzu znajdziemy napis: PIERWSZY DZIEŃ JESIENI. Tak, to naprawdę już. Lato, jak co roku, przeleciało szybciej niż powinno. W tym roku po raz pierwszy przygotowałam sobie listę typowo letnich rzeczy, które chciałam zrobić chociaż raz. Nie udało mi się zrealizować wszystkich planów, ale mimo to uważam, że tego lata nie zmarnowałam. A teraz nadchodzi jesień. Jej także nie chciałabym zmarnować.

Jesień to dla mnie czas szukania nowych celów i motywacji do pracy nad ich osiągnięciem. Ale to też ten moment w roku, kiedy brzydka pogoda wręcz zachęca do spędzenia trochę czasu w domu, poczytania książki, obejrzenia filmu. Kusi zjedzenie kawałka dobrego ciasta. Wszystkie moje pomysły na to, co warto zrobić jesienią, zebrałam w jedną listę, którą z chęcią się z Wami podzielę.


10 rzeczy, które warto zrobić jesienią:


- upiec ciasto­ – jestem fanką ciasta ze śliwkami, ale z jesienią kojarzy mi się też ciasto marchewkowe albo dyniowe. Można dodać orzechy. A może coś z jabłkami? Jesień to czas wielu przepysznych smaków.

- zjeść dynię – w jakiejkolwiek postaci. Na przykład zupe-krem z dyni świetnie rozgrzeje w chłodny dzień, a wzbogacony odpowiednimi przyprawami wzmocni odporność.

- szurać nogami w liściach – każdy z nas to robił, wracając do domu z podstawówki. To super uczucie! Kto powiedział, że mając te kilka czy kilkanaście lat więcej, nie można sobie go przypomnieć?

- zbierać kasztany – a potem udekorować nimi dom. Albo po prostu nosić jednego w kieszeni na szczęście. Naprawdę działa.

- obejrzeć horror – o ile lato to dla mnie czas romansów i przygód, o tyle jesienią chętnie skuszę się na dobry horror. Zgaszę światło, owinę się kocem i z chęcią trochę się postraszę.

- grać na komputerze – kiedy, jak nie jesienią, zmarnować całe popołudnie przed monitorem? Przecież wieczór długi, a na dworze szaro i deszczowo.

- wypić dyniową latté – albo kakao. A może chociaż herbatę z cytryną i imbirem? Warto mieć swój jesienny napój i pić, pić, pić!

- korzystać ze świeczek – ciepłe światło płomyczka i ciekawy zapach nie tylko poprawią humor, ale też stworzą niepowtarzalny klimat. Już samo patrzenie wystarcza, żeby trochę się ogrzać.

- iść na spacer we mgle – bo kto powiedział, że spacerować można tylko w słońcu? Samotny spacer po pustym mieście to świetny moment na przemyślenie tego, co akurat cię gryzie. A chłodne, jesienne powietrze znakomicie dotleni twój mózg. I od razu okaże się, że każdy problem można rozwiązać.

- zaplanować coś – może to być ustalenie nowych priorytetów życiowych albo po prostu lista książek do przeczytania, nieważne. Zorganizowanie jakiejś części życia, która już od dawna się o to prosi, to świetny sposób na efektywne wykorzystanie ponurego wieczoru.


Ciekawa jestem, czy tym razem uda mi się wykreślić wszystkie pozycje z mojej listy. A nawet jeśli nie, to przynajmniej będę się starać. Mam nadzieję, że dzięki temu, za trzy miesiące z uśmiechem będę mogła stwierdzić, że to była fajna jesień. A Wy? Jakie macie pomysły na jesienne dni?