WSZYSTKO MA SENS

WSZYSTKO MA SENS

life is a miracle

Być może już się zorientowaliście, czytając poprzednie wpisy, ale gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, oznajmiam: jednym z najważniejszych wydarzeń w moim dwudziestotrzyletnim życiu był wyjazd na Erasmusa do Hiszpanii. Wpłynął pozytywnie na moją wiedzę i obycie, dzięki niemu stałam się bardziej otwarta i tolerancyjna, a nawet zweryfikował i zmienił moje plany na resztę życia. Ale po kolei.

Było w moim życiu kilka takich momentów, w których pytałam sama siebie: po co to wszystko? Dlaczego to robię? Czemu to musi przytrafiać się mnie? Najczęściej te hasła pojawiały się w mojej głowie wtedy, gdy coś poszło nie tak. Gdy spotykało mnie rozczarowanie lub kiedy zwyczajnie było mi smutno i czułam się rozgoryczona niesprawiedliwością życia. Oczywiście na takie pytania nigdy nie znajdowałam odpowiedzi, co tylko potęgowało niezadowolenie. Do czasu.

A dokładniej do czasu, kiedy wyjechałam i stało się to, na co od dawna czekałam. Poznałam go i zakochałam się. I w tym momencie nagle, niczym grom z jasnego nieba, trafiła mnie myśl o tym, że poprzednie rozczarowania i rozgoryczenia, smutne chwile i nietrafione decyzje – to musiało się wydarzyć, żebym znalazła się tam, gdzie czekało moje szczęście.

Musiałam złamać serce i mnie musiano je złamać. Musiałam odnowić kontakty po to, żeby znowu je zrywać. Musiałam poznać nowe osoby, choć w tym czasie rozpadały się dawne przyjaźnie. Musiałam płakać, żeby potem znów się śmiać. Musiałam zaczynać coś, co natychmiast lądowało w kącie zapomnienia i musiałam kończyć rzeczy, które potem znów zaczynałam. Po prostu tak miało być.

Patrząc obiektywnie, zagraniczny wyjazd nie był niczym więcej niż decyzją i odrobiną przygotowania. A potem tylko czerpaniem z życia pełnymi garściami. Dla mnie jednak było to zwieńczenie splotu wesołych i smutnych wydarzeń, które musiały mieć miejsce, abym tę decyzję podjęła. Dzięki wyjazdowi stałam się bardziej cierpliwa i z większym zrozumieniem zaczęłam przyjmować życie takim, jakim jest. A bywa oczywiście różne. Jak to życie.
CO MNIE ZASKOCZYŁO W HISZPANII?

CO MNIE ZASKOCZYŁO W HISZPANII?

W Hiszpanii spędziłam już w sumie rok. Przez dziewięć miesięcy mogłam poznawać życie tam z pozycji studenta, a w czasie ostatniego lata byłam już trochę bardziej typowym mieszkańcem - imigrantem. W czasie tych miesięcy przyzwyczaiłam się do hiszpańskich zwyczajów, ale wiele rzeczy nadal mnie dziwi. Przygotowałam zestawienie kwestii, które najbardziej mnie zaskoczyły, zarówno na początku mojego pobytu w tym kraju, jak i pod koniec tego okresu.


napis hiszpański

Teraz już jestem zdecydowana na wyjazd do Hiszpanii na stałe, ale z pomysłem tym oswajałam się przez jakiś czas, starając się nie ulec emocjom. Dlatego najpierw znalazłam się tam jako studentka, nie tylko dlatego, żeby zwyczajnie wykorzystać możliwości edukacyjnego pobytu za granicą, o czym pisałam już we WPISIE O KORZYŚCIACH Z ERASMUSA, ale też po to, żeby pomieszkać trochę poza Polską i sprawdzić, jak to jest radzić sobie w innym kraju. Było na tyle dobrze, że zdecydowałam się przedłużyć pobyt o kolejny semestr. A w dalszej kolejności wybrałam się do Hiszpanii na praktyki oraz po to, żeby pomieszkać trochę z moim chłopakiem. Jako że wszystkie te etapy zaliczam do bardzo udanych, spokojnie mogę już być pewna swojej decyzji o wyjeździe. A razem z nią oczywiście przyjdzie mi spotkać jeszcze wiele niespodzianek.

FILMY Z DUBBINGIEM W ZAMKNIĘTYM CENTRUM

Dość szybko po przyjeździe do Hiszpanii wybrałam się do kina. Nie znałam oczywiście kin studyjnych, więc wybór padł na jedno z sieciówki, znajdujące się w centrum handlowym. Pierwszy szok przeżyłam, gdy pocałowałam klamkę drzwi wejściowych do budynku. Okazało się bowiem, że w Hiszpanii w niedziele centra handlowe są zamknięte. Na tle Europy nie jest to oczywiście wyjątek, niemniej jednak ja byłam zaskoczona.

Gdy już udało mi się dostać do kina, zaskoczyło mnie, że film, choć angielski, jest po hiszpańsku. Później powiedziano mi, że Hiszpanie dubbingują wszystkie produkcje bez wyjątku. Nic z napisami nie trafi do kina. A jeśli już, to jest to wyjątkowy i oryginalny seans w ofercie specjalnej.

PO PROSTU IDŹ

Jesteś pieszym? Więc idź. Bardzo pozytywnym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że hiszpańscy kierowcy bezwzględnie respektują prawo pierwszeństwa osób niezmotoryzowanych. Po prostu podchodzisz do krawędzi chodnika i idziesz. Na trochę bardziej ruchliwej ulicy czasami warto rozejrzeć się na boki, ale tylko tak na wszelki wypadek. Szybko przyzwyczaiłam się do tego modelu ruchu, dlatego potem omal nie zginęłam tuż po wyjściu z lotniska w Polsce.

Z drugiej strony obserwując ruch samochodowy z pozycji pieszego myślałam, że tam nie da się nikogo nie przejechać, nie zginąć albo przynajmniej nie zarysować auta. Notoryczny brak kierunkowskazów na rondach czy absolutnie nieprzepisowe przejeżdżanie z pasa na pas to tylko kilka rzeczy, których bardzo się obawiałam, wsiadając za kółko. Okazało się jednak, że hiszpański ruch jest mimo wszystko niesamowicie płynny, a manewry innych kierowców – o dziwo – przewidywalne. Dodatkowo Hiszpanie nie jeżdżą tak gwałtownie, jak Polacy, i naprawdę ani razu nie bałam się, że ktoś nagle skądś wyskoczy jak Filip z konopi.

polka w hiszpanii

CIEMNO WSZĘDZIE

Przechadzając się ulicami, często miałam okazję widzieć długie rzędy okien, zasłoniętych zewnętrznymi żaluzjami przez cały dzień. Z początku myślałam, że może po prostu jest tam aż tak dużo pustych mieszkań. Później jednak dowiedziałam się, a także sprawdziłam na własnej skórze, że w hiszpańskich mieszkaniach opuszcza się żaluzje z powodu słońca, a potem jakoś tak z przyzwyczajenia się ich nie podnosi. Może i wydaje się to dziwne, ale rzeczywiście, przebywając tyle czasu w ciepłym i słonecznym klimacie, nie odczuwa się takiego smętnego nastroju, jaki powoduje u nas półmrok.

Zaskoczeń i zdziwień w Hiszpanii przeżyłam więcej. Spokojnie mogłaby o nich napisać jeszcze kilka postów i… tak właśnie zrobię. Czekajcie na kolejne części, na pewno będzie w nich jeszcze kilka niespodziewanych faktów i ciekawostek.

A Wy mieliście podobne wrażenia z jakiegoś kraju? Może przydarzyło Wam się coś zaskakującego w czasie zagranicznego wyjazdu na wakacje?

#02 MIESIĄC Z JUST | PAŹDZIERNIK

#02 MIESIĄC Z JUST | PAŹDZIERNIK

Seria wpisów MIESIĄC Z JUST to comiesięczny post, w którym piszę po krótce o tym, co u mnie słychać, oraz dzielę się tym, co dobrego mnie spotkało w minionym miesiącu. Znajdziecie w nim rzeczy, które ostatnio odkryłam i które polecam, aktualne wydarzenia z mojego życia oraz kilka refleksji na temat ostatnich tygodni. Zapraszam!


POPRZEDNI MIESIĄC:



ZNOWU W POLSCE

Na początku października, po trzech miesiącach pobytu w Hiszpanii, skończyłam praktyki w jednym a tamtejszych biur projektowych i wróciłam do Polski. Nie była to ogromna zmiana w moim życiu, ale kilka dni zajęło mi ponowne przyzwyczajenie się do życia tutaj. Zaczęło się od tego, że prawie zginęłam na przejściu dla pieszych tuż po przylocie, kiedy odruchowo – jak to zwykło się czynić z Hiszpanii – weszłam na pasy bez rozejrzenia się na boki. W Hiszpanii, a przynajmniej tam, gdzie zdarzyło mi się być, prawo pierwszeństwa pieszego jest bezwzględnie przestrzegane.
Powrót do Polski był jednoznaczny z powrotem na uczelnię. Mam na szczęście niewiele zajęć, ale i tak ciągle jeszcze ciężko mi się przyzwyczaić do studiowania. Choć oczywiście spotkania ze znajomymi zarówno z uczelni, jak i spoza niej, to świetna sprawa. Mam wrażenie, że w październiku nadrobiłam ostatnie trzy miesiące nieobecności, jeśli chodzi o wspólne wyjście na kawę, robienie pizzy czy wpadanie do siebie na herbatę.

NOWE POMYSŁY

Październik okazał się też dla mnie miesiącem nowych pomysłów. Jeden z nich jest już w trakcie realizacji. Jesień, a szczególnie taka deszczowa, to dla mnie, wspinacza, czas powrotu do regularnych treningów, które naprawdę kocham. A miłość należy pielęgnować. I właśnie kierując się tą myślą podjęłam decyzję o rozpoczęciu kursu na trenera personalnego. Póki co odbyło się już kilka zajęć i jestem oczarowana ilością wiedzy, którą mogę zdobyć. Nie wiem, czy docelowo chcę pracować jako trener personalny, a raczej wiem, że mam trochę inny pomysł, ale póki co o nim nie mówię, żeby nie zapeszyć.

W tym miesiącu rozpoczęłam też przygotowania do pewnego projektu, o którym niestety też nie mogę opowiadać w szczegółach. Powiem tylko, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, to ujrzy on światło dzienne tuż po Nowym Roku i będzie to coś, czego właściwie jeszcze nie ma na polskim rynku. Ponieważ jednak traktuję ten temat poważnie, przede mną sporo pracy teoretycznej i nauki.

pilsko widok ze szczytu


BLOG

W październiku na blogu pojawiło się więcej postów niż w poprzednich miesiącach, choć wymagało to ode mnie trochę gimnastyki organizacyjnej. Mam jednak nadzieję, że nie ucierpiała na tym jakość tekstów. Ostatnie posty na blogu:

KULTURA W PAŹDZIERNIKU

W październiku udało mi się obejrzeć kilka filmów, z których zdecydowanie mogę polecieć niesamowicie ciekawą produkcję „TWÓJ VINCENT”. Film powstał we współpracy polsko-brytyjskiej i moim zdaniem jest jedną z najciekawszych propozycji ostatniego czasu. Zaskoczeniem jest już sama technika, którą posłużyli się producenci. Film bowiem w całości został… namalowany! Historia, tocząca się wokół tajemnicy śmierci Vincenta van Gogha, również mnie zaciekawiła. W każdym razie – na pewno warto.


Z kolei jeśli chodzi o książki, to za poradą Marty z bloga MARTAPISZE.PL, sięgnęłam do pozycję „Magda.doc” Marty Fox. Pierwsze strony co prawda raczej mnie męczyły, ale szybko przyzwyczaiłam się do formy pamiętnika, a także do języka lat dziewięćdziesiątych, w którym przeplatają się zwroty używane dzisiaj z wyrażeniami z czasów słusznie minionych. Książka opowiada historię dziewczyny z klasy maturalnej, która niespodziewanie zachodzi w ciążę. O jej walce o siebie czyta się z wypiekami na twarzy i nieraz z łezką w oku. Zdecydowanie polecam. A tym czasem biegnę po drugą część, czyli „Paulina.doc”.

jesienna książka ebook do poczytania


I tylko tyle, albo aż tyle, działo się u mnie w październiku. Listopad pod tym względem będzie bardziej szalony, bo w planie mam wyjazd do Warszawy, delikatną zmianę w treningach oraz stworzenie czegoś tylko dla siebie. Trzymajcie kciuki za to, żeby nie zabrakło mi czasu!

A jak Wam minął październik? Dajcie koniecznie znać w komentarzu!

CHWILOWO JESTEM SZCZĘŚLIWA

CHWILOWO JESTEM SZCZĘŚLIWA

Ile razy przemknęło ci przez głowę pytanie, o co z tym szczęściem chodzi i czemu ciągle trzeba je gonić? Dawniej naprawdę dużo nad tym rozmyślałam. Aż do momentu, kiedy jedno banalne pytanie, wypowiedziane na głos w moim kierunku przez niegdysiejszego bliskiego przyjaciela, zmusiło mnie, to skonstruowania jakiejś sensownej odpowiedzi. Odpowiedzi, której do dzisiaj trzymam się kurczowo.


jak znaleźć szczęście


- Czy jesteś szczęśliwa?

No banał, ciągle powtarzane pytanie. Ale jednak przeżyłam sporo lat, zanim ktoś zadał mi je na głos. Cholera. Skoro zapytał, to wypadałoby chyba odpowiedzieć. Bez głębszego zastanowienie zaczęłam klepać, co mi ślina na język przyniosła. I w ten sposób powstał mój własny sposób na rozumienie szczęścia.

- Tak. Chwilowo tak. To znaczy: na etapie życia, na którym jestem, jestem usatysfakcjonowana tym, czego się nauczyłam, oraz zadowolona z wyborów, których dokonałam. Dumna z tego, co osiągnęłam. Ale jeśli nic się nie zmieni, to niedługo nie będę już szczęśliwa.
W tamtym momencie miałam za sobą skończone z dobrym wynikiem liceum plastyczne oraz zaliczone dwa lata ciekawych studiów. Poświęcałam wolny czas pasji, którą udało mi się odkryć. Otaczali mnie przyjaciele, co do których nie miałam żadnych wątpliwości. Jak na dwadzieścia jeden lat, to miałam się naprawdę super.

jak znaleźć szczęście


W tamtym momencie zdałam sobie jednak sprawę, że to nie koniec. Że nie mogę osiąść na laurach, bo znalazłam szczęście. Zrozumiałam, że to, co sprawiało, że budziłam się z uśmiechem na twarzy każdego z tamtych dni, nie sprawi, że będę zadowolona z życia za dwa, za pięć albo za dziesięć lat. Dotarło do mnie, że szczęście nie jest na stałe i jeśli cały czas nad nim nie pracuję, to ucieknie.
Szczęście to zbiór decyzji z przeszłości, priorytetów teraźniejszości i planów na przyszłość. I to całkowicie normalne, że ono się zmienia, tak jak i my się zmieniamy. Dojrzewamy, zakochujemy się, stajemy się rodzicami i dziadkami. Zmieniamy zainteresowania i pracę. Wyprowadzamy się i wprowadzamy do nowych mieszkań. I za każdym razem wydaje nam się, że szczęście jest niedoścignione, że ciągle trzeba go szukać i je łapać, a to przecież właśnie o to chodzi!

Moja definicja szczęścia jest bardzo prosta: doceniam i cieszę się z tego, co mam teraz, jednocześnie pracując już nad tym, czego będę chciała potem.


A ty masz już swoją definicję?

WEŹ SIĘ DO ROBOTY! KILKA SKUTECZNYCH SPOSOBÓW NA MOTYWACJĘ

WEŹ SIĘ DO ROBOTY! KILKA SKUTECZNYCH SPOSOBÓW NA MOTYWACJĘ

Choć generalnie nie mam problemu z motywowaniem się do działania i przysłowiowym ruszeniem du… no, wiecie czego, to jednak są takie momenty, kiedy za Chiny ludowe nie da się mnie zmusić do roboty. Nie byłby to żaden problem, bo przecież każdy czasem po prostu potrzebuje przeleniuchować cały dzień na kanapie. Niestety, czasem goni jakiś termin albo inna konieczność i nie ma zmiłuj. Jak sobie wtedy radzę?


kilka skutecznych sposobów na motywację

MOTYWACJA OD KUCHNI

Dosłownie. Jeśli wiem, że zaraz będę musiała zasiąść do pracy, ruszam najpierw do kuchni i przygotowuję sobie herbatę. Albo kawę. Albo ten napój, na który właśnie mam ochotę. Jest to pierwszy krok, który odrywa mnie od oglądania serialu albo zwykłego nic-nie-robienia i pozwala mi podzielić czas na odpowiednie części: przed kuchnią - relaks, po kuchni – praca. Dodatkowo pięć minut po rozpoczęciu pracy nie będę już miała wymówki, że przecież czas na przerwę, bo nagle tak bardzo chce mi się pić.

MAŁE KROCZKI

Kolejnym pomocnym zwyczajem, jaki udało mi się wprowadzić, jest dzielenie czekającego mnie dużego zadania na mniejsze części. Ten sposób sprawdza się szczególnie dobrze, gdy etapy wypiszę sobie na kartce w formie listy, żeby potem odhaczać każdy wykonany krok. Dzięki temu dokładnie widzę, jak mi idzie i ile jeszcze przede mną. No i jeszcze jedno – im bardziej mi się nie chce, tym bardziej szczegółowo określam każdy etap do wykonania. Wtedy co prawda lista jest dłuższa, ale też szybciej się skraca, a widoczny postęp to naprawdę dobry sposób na motywację.


CO KROK, TO POSTÓJ

Wykonanie każdego etapu pracy z mojej listy to też dla mnie powód do przerwy. Jest to trochę metoda kija i marchewki, to znaczy po każdym małym kroku (kij) – chwila przerwy (marchewka). Na lenia nic tak dobrze nie działa, jak wizja nadchodzącego odpoczynku. Ta zasada ma jednak jeden haczyk, wypisany małym druczkiem – przejrzeć fejsa można tylko w czasie przerwy. Wstać po przekąskę albo żeby zadzwonić do przyjaciółki również. No i oczywiście odpoczynek nie może trwać dłużej niż praca, bo wtedy zrobienie wszystkiego zajmie naprawdę mnóstwo czasu. Dobrym sposobem jest wyznaczanie na przerwę połowę czasu, poświęconego na pracę. Jeśli przez pół godziny naprawdę robiłam to, co trzeba, to potem mam cały kwadrans relaksu. Warto też sprawdzić metodę POMODORO, chociaż u mnie akurat ona się nie sprawdziła, bo czasami odrywała mnie od pracy w pół słowa.

sposób na organizację bullet journal


NARZEKANIE

Osobiście staram się być optymistką i raczej nie narzekam. Ale kiedy mam gorszy dzień, to nie powstrzymuję się za wszelką cenę, bo wtedy jest tylko gorzej. Gdy tylko mam słuchacza, wyrzucam z siebie to, jak bardzo mi się nie chce i jak strasznie trudne zadanie na mnie czeka. I wiecie co? Zazwyczaj to pomaga. Mój słuchacz czasami również zaczyna marudzić i żalić się na swoje ciężkie życie. I zwyczajnie robi mi się głupio, bo okazuje się, że mój brak motywacji jest niczym w porównaniu z jego problemami. Albo też towarzysz rzuca krótkie, acz treściwe Rusz cztery litery! No a przecież z takim rozkazem to już nie ma dyskusji.


LEPSZY RYDZ NIŻ NIC

Czasami jednak zdarza się tak, że mimo wszystkich prób naprawdę nie umiem zmusić się do zrobienia tego, co rzeczywiście trzeba. Mimo to jednak nie poddaję się tak zupełnie. Wyznaję zasadę, że lepiej zrobić nawet coś małego i mniej istotnego niż zupełnie nic. W praktyce oznacza to, że zabieram się na przykład za coś, to i tak muszę zrobić w tym tygodniu, ale nie jest to pilna sprawa. Robię na przykład pranie albo jakiś mniej znaczący projekt. Albo gdzieś dzwonię czy piszę maila. Są to zazwyczaj łatwiejsze i mniejsze zadania do wykonania, bo jednak zaczynać od najtrudniejszego bez rozgrzewki to ryzyko kontuzji psychicznej.

Od czasu gimnazjum poświęcałam zawsze swój czas na wiele różnych rzeczy. To z kolei wymagało sporej dawki samozaparcia. Znalezienie moich niezawodnych sposobów na motywację zajęło mi kilka lat, ale muszę przyznać, że było warto szukać. A Wy macie problem z motywacją? Jakie macie sposoby na zmobilizowanie się wreszcie do pracy?
RZECZY Z DZIECIŃSTWA, KTÓRYM ZAWDZIĘCZAM SIEBIE

RZECZY Z DZIECIŃSTWA, KTÓRYM ZAWDZIĘCZAM SIEBIE

Ostatnio dużo rozmyślałam nad tym, co to właściwie znaczy być sobą, żyć ze sobą w zgodzie, lubić siebie. Wszyscy wymieniają to jako czynnik niezbędny do bycia szczęśliwym, no a przecież bardzo chcę taka być. I tak myśląc sobie o sobie doszłam do wniosku, że warto może cofnąć się w czasie i spojrzeć na siebie przez pryzmat swojego dzieciństwa. Spojrzałam i udało mi się wyróżnić kilka rzeczy, które miały na mnie olbrzymi wpływ.


zabawa z dzieciństwa


PIANINO

W szkole podstawowej przez sześć lat chodziłam na lekcje gry na pianinie do ogniska muzycznego. Zaczynałam od nauki nut, a doszłam do nie najgorszego poziomu. I co prawda o ile z samego grania właściwie nic mi już nie zostało – umiem tylko marnie wybrzdąkać Wlazł kotek na płotek – to jednak cały czas tkwi we mnie najważniejsza lekcja, jaką dały mi te zajęcia. Tak jak w przypadku pianina, tak i w całym życiu efektów nie osiąga się bez ćwiczeń. Trening czyni mistrza. Banał, prawda? Ale jak łatwo o nim zapomnieć. Ileż to razy nie chciało mi się nawet otworzyć klapy nad klawiaturą, ale jednak to robiłam, bo satysfakcja z osiągniętej płynności rekompensowała wszystko. Nauczyłam się, że warto zmusić się do roboty, regularnie nad czymś pracować, no nigdy, naprawdę nigdy nie żałuje się osiągniętego wyniku.

LEGO

Nie wiem, czy mogę posunąć się aż do stwierdzenia, że dzięki zabawie klockami Lego jestem teraz architektem wnętrz, ale jestem pewna, że właśnie te małe, plastikowe elementy rozwinęły we mnie artystyczną, kreatywną duszę. Kupowanie nowego zestawu i składanie go według instrukcji było naprawdę fantastycznym, emocjonującym przeżyciem. Ale jeszcze zabawniejsze było rozwalania idealnie złożonych klocków i tworzenie z nich czegoś, czym wcześniej nie były. Zamek z części do budowy samolotu? Proszę bardzo. Statek z elementów auta wyścigowego? Jasne. Tor przeszkód dla koni, zbudowany z fragmentów salonu fryzjerskiego? Pewnie, że tak. Naprawdę, przy klockach lego moja dziecięca wyobraźnia nie znała granic.

rockclimbing in Margalef

SPORT

Nigdy w zasadzie nie uprawiałam żadnego sportu wyczynowo. Ale odkąd pamiętam, zawsze przynajmniej raz w tygodniu szłam na jakieś sportowe zajęcia popołudniowe. W przedszkolu uczęszczałam do szkółki łyżwiarskiej. Na początku podstawówki chodziłam na basen. Potem zapisałam się do SKS (ktoś jeszcze pamięta, co to takiego? Szkolny Klub Sportowy) na sekcję siatkówki i przez kilka lat grałam nałogowo na wszelkiego typu boiskach. Albo na placu pod domem, gdzie za siatkę służył nam trzepak. Razem z innymi dziewczynami jeździłyśmy na międzyszkolne zawody (bez sukcesów), a ja na rok zapisałam się nawet do miejskiego klubu i dostałam koszulkę w barwach drużyny! A jak już mi się znudziło odbijanie piłki, to zaczęłam tańczyć. Przerobiłam mnóstwo stylów tanecznych w kilku różnych szkołach tańca. A potem wreszcie znalazłam moją idealną dyscyplinę, czyli wspinaczkę.
I choć naprawdę nigdy nie myślałam o sporcie jako o sensie mojego życia, to jednak zawsze tworzył on część mnie. Nauczył mnie nie tylko pracy nad własnym ciałem, ale też bycia częścią drużyny. I choć nie mogę powiedzieć, że to treningi wykuły mój charakter, to jednak uważam to za ważną część mojego dzieciństwa.

SŁOWA

Kiedy nie przekraczałam jeszcze metra wzrostu, a litery dla mnie nie istniały, moja mama siadała na dywanie obok mojego łóżka i czytała mi na głos niesamowite historie. Potem sama nauczyłam się odcyfrowywać te dziwne, wydrukowane znaczki i zaczęłam nałogowo pochłaniać książki, mniej lub bardziej wartościowe. A jak już perfekcyjnie umiałam czytać, to zaczęłam też pisać. I tak cały czas. Naprawdę od kilkunastu lat piszę i czytam. Czasem bardziej regularnie, czasem mniej, ale nieprzerwanie. Swoje teksty chowałam do szuflady albo publikowałam na licznych blogach. Czasem wysyłałam jakiś na konkurs. A książki, które zajmują cały ogromny regał z moim pokoju, a nawet już się na nim nie mieszczą, przestałam liczyć już ładnych parę lat wstecz.

spacer z psem w lesie

MAŁY PRZYJACIEL

Od zawsze chodziłam za członkami mojej rodziny i powtarzałam, jak zacięta płyta, że chcę mieć zwierzątko. Najchętniej psa. Ale jak się nie da, to może chomika. Albo żółwia. A może chociaż małą myszkę? Pierwszy egzamin z odpowiedzialności zdałam, gdy w wieku sześć lat dostałam od Świętej Mikołaja interaktywną zabawkę – Furby’ego. Trzeba było się nim zajmować. Dawać jeść, bawić się, uczyć do nowych rzeczy, kłaść spać. Bawiłam się nieprzerwanie przez kilka ładnych lat, aż wreszcie, kiedy miałam trochę ponad dziewięć lat, zapadła decyzja – kupujemy psa! I tak dołączyła do nas Nutka, która towarzyszyła mi zawsze, gdy zostawałam w domu sama. Wychodziłam na spacery. Głaskałam. Uczyłam. No, wszystko. Nutki już co prawda nie ma, ale we mnie dalej tkwi miłość do czworonożnych przyjaciół człowieka. I świadomość, że drugą istotą trzeba się zająć. Bez względu na to, czy czasem coś nabroi, trzeba ją kochać i być dla niej. Taka jest miłość.
3 MIESIĄCE WSPÓLNEGO ŻYCIA

3 MIESIĄCE WSPÓLNEGO ŻYCIA

Tego lata, mając na karku numerek dwadzieścia trzy, pierwszy raz w życiu wyprowadziłam się z domu na swoje. Co prawda mieszkałam już wcześniej w mieszkaniu studenckim, ale to jednak nie to samo, co swoje własne gniazdko, nawet, jeśli tylko wynajęte. W moim gniazdku był jeszcze jeden mieszkaniec.


Z moim chłopakiem byliśmy już wcześniej wielokrotnie na wakacjach, więc miałam jakie-takie pojęcie o tym, że nie chrapie, nie przeszkadza mu zmywanie i nie opuszcza deski (a który opuszcza?). No, ale jednak wakacje to nie wspólne mieszkanie.

dorosły związek i spędzanie razem czasu


MAŁO CZASU

Pierwsze kilka dni w naszym gniazdku to była czysta przyjemność. Michał miał kilka dni wolnego, ja jeszcze nie zaczęłam praktyk. Wstawaliśmy bez budzika i cieszyliśmy się dniem. Gotowałam super obiady, upiekłam ciasto, którym zajadaliśmy się na deser, oglądając filmy. Ale laba nie trwała długo. Gdy tylko oboje poszliśmy do naszych prac, okazało się, że prawie nie spędzamy razem czasu. Praca, obiad, mój czyta gazetę, ja idę na trening, kolacja, spać. Następnego dnia on ma nocny dyżur, więc widzę go przez trzydzieści sekund, kiedy w korytarzu przekazuje mi kluczyki do auta. A na drugi dzień odsypia, a potem ja akurat muszę popracować po południu w domu.
Okazało się, że właśnie tak wygląda większość dni. Czasem również weekendy. Czy to coś zmienia? Nie. Oboje to rozumiemy i po prostu staram się czerpać tyle, ile tylko się da z dni i momentów, kiedy mamy czas tylko dla siebie. I to działa. A gdy trochę zatęsknimy, działa jeszcze lepiej.

CO NA OBIAD?

Kolejną rzeczą, o której nigdy wcześniej nie powiedziałabym, że może czasem sprawić problem, była kwestia organizowania posiłków. Mój chłopak na szczęście jest wszystkożerny, więc problemem nie było, co zjeść, a raczej ile. Przez pierwsze tygodnie ciągle, CIĄGLE zostawały nam resztki i nie nadążaliśmy ze zjadaniem ich. Sporo niestety musieliśmy wyrzucić.
Okazało się też, że ze względu na odmienną narodowość, nie do końca znamy swoje potrawy. Kilkakrotnie zdarzyło mi się odkryć w lodówce coś, co nie miałam pojęcia, jak się je. I odwrotnie. Michał wyciągał coś z szafki z dziwną miną, a przecież dla mnie to było oczywiste.

związek na odległość, czyli tęsknota


TO KONIEC

Wspólne zamieszkanie było ostatnim planem, jaki mieliśmy przygotowany. Nastąpił koniec ustalonych wspólnych wycieczek czy odwiedzin. Gdy zbliżał się moment mojego wyjazdu na kolejny rok rozłąki, zaczęło mnie to trochę przerażać, bo sądzę, że posiadanie ZAWSZE jakiejś ustalonej daty spotkania było jednym z filarów tego, że udało nam się w ogóle przetrwać. Na szczęście jednak dosłownie na chwilę przed moim wyjazdem udało nam się zaplanować kolejne wspólne wakacje. Od razu zrobiłam się spokojniejsza.

TERAZ TO JUŻ Z GÓRKI

Kiedy pierwszy raz się rozstawaliśmy, widziałam nadchodzące dwa lata w naprawdę ciemnych barwach. To jednak był kawał czasu. A teraz została już mniej niż połowa. W najgorszym razie – dziesięć miesięcy. To mniej niż rok, czyli naprawdę niewiele. Szczególnie, że dla nas obojga będzie to czas pełen pracy. Przeleci jak z bicza strzelił.
DLACZEGO WARTO POJECHAĆ NA ERASMUSA? MOJE DOŚWIADCZENIA

DLACZEGO WARTO POJECHAĆ NA ERASMUSA? MOJE DOŚWIADCZENIA

wyjazd na studia za granicę


W zasadzie od zawsze myśląc o studiach, miałam w głowie zaplanowane, że wykorzystam wszelki możliwości stypendialno-wyjazdowe do cna. Oczywiście, na szczycie tej listy znajdował się wyjazd na Erasmusa. Kiedy więc tylko zaliczyłam pierwszy rok, co pozwalało mi wziąć udział w procesie rekrutacji, rozpoczęłam przygotowania.

TO MUSI BYĆ HISZPANIA

Wcześniej byłam w Hiszpanii tylko raz, na krótkim, wspinaczkowym wyjeździe z przyjaciółmi. Bardzo mi się wtedy spodobało, poznaliśmy też kilka miejscowych osób, z którymi do dziś udaje mi się utrzymywać kontakt. Hiszpania uchodzi za raj dla wspinaczy, dlatego dla mnie było prawie oczywiste, że to tam pojadę na Erasmusa. Wybór miałam całkiem niezły. Jedną hiszpańska uczelnię odrzuciłam z powodu skomplikowanego dojazdu z któregokolwiek lotniska, z dwóch pozostałych wybrałam tę, która wydawała się mieć wyższy poziom.


OCZEKIWANIA

Jechałam z nikłą znajomością języka hiszpańskiego, miałam więc nadzieję, że przynajmniej uda mi się nauczyć go na tyle, żeby wystarczał do bieżącej komunikacji. Chciałam też poznać nowe osoby, zmienić na jakiś czas otoczenie i – nie ukrywam tego – pożyć typowo studenckim, erasmusowym życiem. Dodatkowo, planowałam pozwiedzać ciekawe miejsca i poznać trochę świata. Miałam szczęście wyjechać do niewielkiej miejscowości, dzięki czemu koszt utrzymania nie przerósł mojego budżetu i rzeczywiście mogłam sobie pozwolić na podróżowanie czy, ogólnie rzecz ujmując, korzystanie z życia. Dodatkowo, moja uczelnia pozwoliła mi przedłużyć pobyt o kolejny semestr, dzięki temu w Hiszpanii spędziłam dziesięć miesięcy, a to już naprawdę kawałek czasu.

studenci na erasmusie kończą uczelnię

MÓJ ZYSK

Teraz, z perspektywy czasu widzę, że Erasmus dał mi dużo więcej, niż mogłam przypuszczać. Czystym zyskiem dla mnie jest nie tylko to, że nauczyłam się języka na poziomie, który pozwala mi teraz spokojnie myśleć o pracy w Hiszpanii, czy fakt, że na własne oczy widziała kilka znanych, wartych odwiedzenia miejscowości. Zderzenie w inną kulturą, życie w niej i konieczność zaakceptowania jej sprawiła, że jestem teraz innym człowiekiem. Bardziej otwartym na to, co dawniej uważałabym pewnie za dziwactwo. Łatwiej nawiązuję kontakty, chętniej poznaję ludzi. Dodatkowo, inny sposób prowadzenie zajęć na hiszpańskiej uczelni i nieco inne wymagania, a także życie z dala od tego, co znane, sprawiły, że zostałam zmuszona do nieustannego samorozwoju i samodzielnego szukania odpowiedzi na pytania i problemy. Dzięki temu stałam się bardziej świadoma tego, co umiem, a z czego powinnam się jeszcze podszkolić.

A DLACZEGO TY POWINIENEŚ POJECHAĆ NA ERASMUSA?

No dobrze, moje doświadczenia rzeczywiście wyglądają, jak z bajki. Ale dlaczego ty, właśnie ty powinieneś zdecydować się na wyjazd? Poniżej kilka mniej oczywistych powodów:
  • możesz już nigdy nie mieć takiej możliwości – naprawdę, wraz z końcem studiów już nikt nigdy nie zaoferuje ci, że zapłaci za twoje utrzymanie za granicą tylko po to, żebyś czegoś się nauczył, ale jednocześnie świetnie spędzał czas. A już na pewno nie za to, żeby trwało to kilka miesięcy.
  • będziesz miał dokąd pojechać na wakacje – nawiązane w czasie wyjazdu międzynarodowe kontakty sprawią, że będziesz miał pomysł na wakacyjne wyjazdy przynajmniej na kilka lat do przodu. I to prawdopodobnie z darmowym, albo przynajmniej niezbyt drogim noclegiem u znajomego/ po znajomości. Dodatkowo nikt tak nie pokaże ci Paryża, jak rodowity paryżanin poznany na Erasmusie.
  • rozwiniesz skrzydła – wyjazd zmusi cię do wyjścia poza strefę własnego komfortu, a to jedyna droga do rozwoju. A przecież chcesz się rozwijać, prawda?
  • doceni to pracodawca – bo zobaczy, że robisz coś więcej, niż tylko zaliczać semestr za semestrem, zobaczy, że ci się chce i że nie boisz się zmian. Naprawdę, takie cechy są w cenie.
  • dojrzejesz – przenosiny za granicę to chyba najszybszy proces dojrzewania, jaki istnieje. Nagle już nie możesz poprosić mamy/taty, żeby coś załatwili czy zorganizowali, nie bardzo masz też komu się wypłakać. Dorosłość staje przed tobą i wymaga, byś sam żył swoje życie. To cenna umiejętność. I najlepsze – to nie mija po powrocie do kraju.