ZMIANA W ŻYCIU: EMIGRACJA

ZMIANA W ŻYCIU: EMIGRACJA

Niektóre zmiany w życiu przychodzą stopniowo. Na przykład koniec studiów - zaczynasz od rekrutacji, potem kolejno zaliczasz kolejne przedmioty, semestry, lata, aż w końcu piszesz pracę magisterską (albo robisz projekt, tak jak ja), bronisz się i już. Od pierwszego października pierwszego roku wiesz już dokładnie, kiedy moment zakończenia tej przygody nadejdzie i masz całkiem sporo czasu, żeby się do niego przygotować.


Są też takie zmiany, które należałoby określić mianem rewolucji. Z dnia na dzień twoja rzeczywistość staje się inna i nie pozostaje ci nic innego, jak przetrwać szok i stopniowo przyzwyczajać się do tej nowej sytuacji, już w niej żyjąc.


A zmiana moja i pewnie wielu innych osób jest gdzieś pomiędzy. Niby o niej wiem od jakiegoś już czasu, a jednak czuję, że będzie to rewolucja.


emigracja zmiana w życiu obawy

WYJAZD Z KRAJU – EMIGRACJA

Od czasów szkolnych zakładałam, że być może wyjadę kiedyś z kraju. Otwarcie mówiłam o tym, że chcę sprawdzić, jak żyje się za granicą, że będę chciała wyjechać na wymianę studencką. Ale mówiłam też, że na pewno wezmę na rok urlop dziekański i zrobię sobie ten słynny gap year, żeby wykorzystać tę możliwość, skoro mogę. A ostatecznie dziekanki nie wzięłam, więc szkolne mrzonki o emigracji trudno traktować poważnie.

Po szkole przyszedł taki etap, że wyjazd dla samego wyjazdu wydawał mi się bez sensu. Zaczęłam pracę w kraju i, mniej lub bardziej świadomie, żyłam w zgodzie z tym, że to tu właśnie jest moje miejsce. Zacieśniło się w tym okresie wiele moich przyjaźni, bo koniec liceum i początek studiów przetrwały naprawdę tylko te najważniejsze, tym bardziej więc było dobrze tak, jak było.

A teraz przyszedł ten moment, że naprawdę wyjeżdżam. I chyba ciągle w to nie wierzę.

Dlaczego w ogóle emigruję? Przez… chłopaka. A może dzięki niemu? To pewnie dopiero się okaże. Fakt jest jednak taki, że trwamy sobie z Michałem (tak, spolszczyłam sobie jego imię, a co!) w szczęśliwym związku na odległość i czas powoli tę rozłąkę kończyć. Dobrym momentem jest tegoroczne lato, skoro kończę w Polsce studia.

OBAWY EMIGRANTA

Emigrant musi być odważny, o czym pisała Justyna na blogu Już ja was urządzę!. Musi taki być, bo nie wyjeżdża na stałe dzięki nadziei na lepsze życie, ale pomimo obaw o to, że ono może nie nadejść. Ja też się trochę boję.

Boję się, że nie znajdę pracy. Szczególnie że z powodu wyjazdu porzucam etat w Polsce. Szczególnie że w naszym kraju teraz pracy jest mnóstwo, czeka na każdym rogu jak ulotki szkół policealnych. A w Hiszpanii nie.

Boję się, że nie znajdę przyjaciół i będę samotna. Na przyjaźnie w Polsce pracowałam kilka, a nawet kilkanaście lat. Poznałam w tym czasie mnóstwo ludzi, ale tylko kilka osób zostało przy mnie. Czy takie rzeczy zdarzają się więcej niż raz w życiu?

Boję się, że nie będę wsparciem dla rodziny. Rodzice, dziadkowie, ciocie, wujkowie – oni już nie będą coraz młodsi. Będą potrzebować pomocy, mojej pomocy. A mnie tu nie będzie. Zostawiam ich na pastwę starości. I strasznie mi z tym źle.

Boję się, że nie poradzę sobie z formalnościami. Bo jest ich mnóstwo. A im więcej czytam i się dowiaduję, tym bardziej to wszystko jest skomplikowane i trudne. I muszę to jakoś ogarnąć, im szybciej, tym lepiej, bo przecież niewygodnie się żyje w takim zawieszeniu.

I wreszcie boję się, że będę musiała wrócić. I tym samym przyznać się do pomyłki. To czarny scenariusz, który, mam nadzieję, nigdy się nie sprawdzi. Ale gdyby… to będzie mi strasznie głupio. I wstyd. I smutno. Tych uczuć właśnie bardzo się boję.

ZMIANY W ŻYCIU = ZMIANY NA BLOGU

Ten post jest zapowiedzią tego, że będę rozwijać kategorię wpisów o emigracji. Takie Trampki to blog o czymś więcej od życia, a ono za granicą będzie toczyć się dalej. W tekstach będę się dzielić radościami i smutkami, przeżyciami, przemyśleniami i wnioskami, czyli poruszę tę niepraktyczną, uczuciową część tego tematu. Jednocześnie planuję rozruszać znowu kanał YouTube, gdzie chciałabym opowiedzieć o wyjeździe bardziej praktycznie.

Mam nadzieję, że już za kilka tygodniu zaproszę Was na pierwszy od dawna nowy filmik. Trzymajcie za to kciuki! I za mnie, oczywiście.

Czy są tu jacyś emigranci? Dajcie znać w komentarzach, podzielcie się swoją historią. Chętnie poczytam :)



NARZĘDZIA DO PLANOWANIA, KTÓRE UWIELBIAM

NARZĘDZIA DO PLANOWANIA, KTÓRE UWIELBIAM

Uwielbiam proces planowania i organizacji czasu. Kocham tworzyć listy, tabelki, kalendarze… Lubię zarówno te ładne, ozdobione kolorowymi rysunkami, jak i te zwyczajne, czarno-białe, które dopiero co wyjechały z drukarki. Odkąd pamiętam, nie rozstawałam się z kalendarzem, ale to jeszcze nie znaczyło, że umiałam dobrze planować i organizować pracę.


Uczęszczałam do szkoły średniej o profilu artystycznym. Tam, na lekcjach rysunku, rzeźby czy malarstwa, tłumacząc nam zasady pracy nad dziełem, wszyscy profesorowie jak mantrę powtarzali hasło „od ogółu do szczegółu”. Teraz stwierdzam, że jest to fantastyczna zasada, określająca w prosty sposób zasady organizowania czasu, dzięki której można też dobrać odpowiednie do tego narzędzia. 

Poniżej przedstawiam Wam narzędzia, które ułatwiają mi planowanie pracy. Kolejność jest nieprzypadkowa – zgodna wyżej wspomnianą zasadą.

organizacja czasu, planowanie

NARZĘDZIA DO PLANOWANIA, KTÓRE UWIELBIAM


  • Roczne cele – to kilka ważnych punktów, które w danym roku chcę odhaczyć. Ja dzielę je sobie na kategorie (na przykład ZAWODOWE czy SPORTOWE). Osobiście nie zaliczam do nich po prostu spraw do załatwienia, czyli na przykład celem nie jest dla mnie sprzedaż samochodu. Są to pewne rzeczy, które chciałabym osiągnąć, jak na przykład skończenie studiów. Duże roczne cele dzielę potem na mniejsze etapy, których kompletowanie w kolejnych miesiącach ma doprowadzić mnie do realizacji konkretnego marzenia.
  • Kalendarz na cały rok – jest to narzędzie, którego jeszcze niedawno nie umiałam dobrze używać. Zamiast do planowanie i organizowania, służył mi tylko jako notatnik ważnych wydarzeń. To oczywiście też ważna jego funkcja, ale oprócz tego od niedawna zaznaczam w nim też trudniejsze okresy, które mnie czekają (bo na przykład jest wtedy sesja na uczelni) oraz te miesiące, kiedy nic bardzo stresującego nie powinno się dziać. Dzięki temu wiem, kiedy prawdopodobnie znajdę więcej czasu na przykład na czytanie książek branżowych czy wzięcie udziału w jakimś kursie.
  • Master list (czyli nadlista) – to taka lista spraw do załatwienia przed… Przed jakimś punktem w czasie. Na przykład: lista spraw do ogarnięcia przed wyprowadzką. Albo: lista spraw do załatwienia przed obroną pracy magisterskiej itp. itd. Jest to taka nadrzędna lista, którą spisuję sobie w wolnej chwili i stopniowo wykreślam z niej załatwione sprawy lub dopisuję nowe. Taka lista u mnie nie jest podzielona na konkretne miesiące, ma tylko deadline, w którym muszę się zmieścić. Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo często planując dany miesiąc czy tydzień, wartuję ją i wybieram, co z wymienionych tam spraw mogę akurat teraz załatwić.
  • Planer miesiąca – celowo nie piszę „kalendarz”, bo w moim przypadku to już dawno nie jest po prostu tabelka z datami. Oprócz niej, mam także listę mniejszych celów (nie: zadań czy wydarzeń) na dane 30 dni, listę zadań, które koniecznie w tym miesiącu muszę wykonać oraz miejsce poświęcone blogowaniu (taka mała ściąga z tego, o czym będę pisać, kiedy publikować, i co z każdym postem trzeba zrobić przed publikacją, żeby Wam się spodobał – mam nadzieję…). To ostatnie nie wszystkim oczywiście się przyda, ale można rozważyć stworzenie takiego miniplanera związanego z pracą, tresurą psa, planowaniem wyjazdu itp. Miesiąc planuję zazwyczaj dość szczegółowo na jakieś dwa tygodnie przed jego rozpoczęciem. Dlaczego akurat tak? Prawdę mówiąc, nie wiem. Wynika to pewnie z faktu, żewiele spraw organizuję z około czternastodniowym wyprzedzeniem oraz że inni też stosują mniej więcej ten okres. Na uczelni zapowiadają nam kolokwia zazwyczaj dwa tygodnie wcześniej, mniej więcej tyle czasu przed wyjazdem muszę też kupić bilety czy zarezerwować nocleg… Jakoś ten właśnie odstęp czasowy jest po prostu dla mnie odpowiedni.
  • Kalendarz na każdy tydzień – w nim rozrysowuję sobie małą tabelkę z godzinami i w każdym dniu zaznaczam te, w których będę czymś zajęta (będę mieć wykłady na uczelni, będę pracować, będę trenować albo będę na przykład na urodzinach kuzynki). Dzięki temu analogicznie, jak w przypadku planów na cały rok, widzę, które dni będą bardziej szalone, a które spokojniejsze. Dzięki temu mogę dla każdego dnia ułożyć odpowiednią listę zadań, która będzie możliwa do zrealizowania (to bardzo ważne! Nic nie cieszy i nie napędza do pracy tak, jak widok, że dziś udało ci się wszystko zrobić). W gorętszych tygodniach planuję w ten sam sposób odpoczynek – po prostu zakreślam część dnia tak, żeby już nic sobie wtedy nie planować. Kiedy robi się dużo rzeczy na raz, warto o to zadbać, bo bardzo łatwo w natłoku spraw zapomnieć o czasie dla siebie.

Osobiście używam też innych narzędzi do planowania. Testuję różnego rodzaju listy, tabelki, sprawdzam rozwiązania podpatrzone u innych. Jednak tylko bez tych wymienionych powyżej nie wyobrażam sobie organizacji pracy. Cała reszta często się przydaje, ale da się bez niej żyć i skutecznie działać. Czy to znaczy, że te kilka kalendarzy to złoty sposób na efektywne realizowania celów? Niekoniecznie. To, że dany sposób działa u mnie, nie znaczy, że sprawdzi się u wszystkich, ale może warto spróbować…? A nuż okaże się, że to niezły sposób ;) A jeśli jesteście ciekawi, jak mój planer wygląda w praktyce, zapraszam na MOJEGO INSTAGRAMA.

Napiszcie w komentarzu, czy planujecie ze szczegółami swoje działania? Czy raczej idziecie na spontan?

#05 MIESIĄC Z JUST: CHAOS, CHOROBA I NOWA MIŁOŚĆ

#05 MIESIĄC Z JUST: CHAOS, CHOROBA I NOWA MIŁOŚĆ


Seria wpisów MIESIĄC Z JUST to posty, w których piszę po krótce o tym, co u mnie słychać, oraz dzielę się tym, co dobrego mnie spotkało w minionym miesiącu. Znajdziecie w nim rzeczy, które ostatnio odkryłam i które polecam, aktualne wydarzenia z mojego życia oraz kilka refleksji na temat ostatnich tygodni. Zapraszam!


Kwiecień był w tym roku pierwszym w pełni wiosennym, choć może lepiej powiedzieć letnim, miesiącem. Były święta, były moje urodziny, przyjechał do mnie chłopak, świeciło słońce, znalazłam też nową miłość. Chyba trudno o bardziej pozytywny czas. A mimo wszystko bardzo cieszę się, że ten miesiąc już się skończył. Dlaczego?

nowa miłość wiosna

CHAOS WOKÓŁ MNIE

Kwiecień miał być miesiącem prostoty i minimalizmu, jeśli chodzi o planowanie. Chciałam mieć mniej na głowie i luźniejszy okres, aby móc spokojnie spędzić czas z chłopakiem, z którym jeszcze przez jakiś czas tak rzadko się widujemy. Chciałam mieć jak spokojnie cieszyć się dniem urodzin i piękną pogodą. Miało być cudownie, a wyszło… jak zwykle.

Były dobre złego początki – w czasie pobytu Michała w Polsce udało mi się wszystko tak poukładać, aby rzeczywiście mieć więcej czasu na wspólne spacery, oglądanie seriali czy zwyczajne nic-nie-robienie. Niestety, spychotechnika zemściła się na mnie później, gdy dopadły mnie skumulowane obowiązki, doszło więcej pracy, ruszyły z kopyta zaplanowane dużo wcześniej, a niepewne do ostatniej chwili projekty i… moim kalendarzem zawładnął chaos, wspierany przez stres i pośpiech. Praktycznie w żadnym tygodniu nie udało mi się wykonać tego, co miałam w planach, a przekładane na później sprawy kumulowały się w nieskończoność. Żyłam w zasadzie z dnia na dzień. Wysypał się mój plan treningowy, rozkład tygodnia, nie wychodziła zdrowa dieta… Po prostu wszystko zmierzało w stronę katastrofy.

WIELKI WYBUCH

I rzeczywiście, z chaosu powstał wielki wybuch. Po połowie takiego szalonego, stresującego miesiąc mój organizm się zbuntował i rozchorował. Dawno nie miałam już takiej gorączki. Przeleżałam kilka dni w łóżku, co dało mi wreszcie czas na bezwarunkowy odpoczynek z książką i serialami. Bez wyrzutów sumienia nie robiłam nic i odpuściłam. Musiałam. Choć oczywiście szkoda, że doszłam do tego wniosku dopiero wtedy, kiedy powiedziało mi o tym moje własne ciało.

nowa miłość scrapbooking

POZIOM KREATYWNOŚCI? POWYŻEJ SKALI

Kilka wolnych dni zaowocowało wzmożoną kreatywnością. Miałam czas czytać nie tylko książki, ale przeglądać też blogo- i vlogosferę. Tak trafiłam bloga Kasi Mistacoglu WORQSHOP.PL, na którym znalazłam mnóstwo inspirujących treści. Tam też pierwszy raz spotkałam się z rozwiązaniem pewnej kwestii, z którą od jakiegoś już czasu zmagałam się w głowie.

Zauważyłam kiedyś, że wraz z moim chłopakiem chętnie przeglądamy nasze albumy z dzieciństwa, ale już naprawdę rzadko zaglądamy do folderów z cyfrowymi zdjęciami, wykonanymi nieco później. Od jakiegoś już czasu nosiłam się z zamiarem powrotu do wywoływania kilkunastu najlepszych zdjęć w roku, aby w przyszłości móc do takich wspomnień łatwo i chętnie powrócić. Niemniej jednak nie do końca wiedziałam, jak chcę te zdjęcia magazynować. Lubią estetyczne i kreatywne rozwiązania, do których niestety nie zaliczają się typowe albumy, z kolei składanie layoutów z każdego roku na komputerze i zanoszenie do drukarni wydawało mi się nudnym i zniechęcającym zajęciem.

Na szczęście na blogu Kasi znalazłam fantastyczne rozwiązanie: PROJECT LIFE. Postanowiłam dać mu szansę i już zamówiłam album, w którym umieszczę wspomnienia z pierwszej połowy 2018 roku. Rok 2017 z kolei z powodzeniem uda mi się zamknąć w kilku kartach ręcznie robionego albumu, który w czasie mojego przymusowego pobytu w domu z ogromną radością zaczęłam już tworzyć. Bawienie się wspomnieniami, zdjęciami, albumem oraz te wszystkie piękne, kolorowe dodatki – to zdecydowanie moja nowa miłość.

A jak Wam minął ten pierwszy, całkowicie wiosenny miesiąc? Wycisnęliście z niego tyle, ile tylko się dało?

SPEŁNIANIE MARZEŃ A BYCIE FAIR

SPEŁNIANIE MARZEŃ A BYCIE FAIR

Ostatnio bardzo mocno skupiłam się na realizacji kolejnych, wytyczonych na ten rok celów. Pedantycznie, krok po kroku wykreślałam kolejne wykonane etapy pracy z listy zadań, żmudnie, szczebel po szczeblu pokonywałam drabinę, której zwieńczeniem miała być satysfakcja i sukces. Osiągnęłam to, co założyłam – przyszedł sukces i kolejny milowy krok w drodze do wymarzonego życia. Tylko jakoś pomiędzy tymi wszystkimi etapami i zadaniami zagubiłam zwyczajne bycie fair wobec ludzi wokół. I dlatego razem z sukcesem nie dostałam euforii szczęścia i satysfakcji. Było tylko jakieś takie kwaśne uczucie zakończenia kolejnego zadania.

marzenia sukces cel bycia fair stres spokój

HIERARCHIA WARTOŚCI

Po doświadczeniach ostatnich miesięcy dochodzę do wniosku, że zanim zabrałam się za odhaczanie kolejnych zadań listy celów, powinnam była stworzyć jakąś mocną hierarchię wartości. Taką, która jasno wyznaczałaby granice tego, co można poświęcić w imię celu. Która pomogłaby mi jasno ocenić, czy gra jest warta świeczki i czy dla realizacji marzeń warto przestać być fair. Bo czasem w ferworze walki, w trudniejszym momencie życia naprawdę można się trochę zgubić.

Co myślę o tym teraz? Czy ważniejsze jest bycie w porządku wobec innych ludzi, czy własne cele? To chyba zależy od ludzi.

CO JEST TWOIM CELEM

Ale nie tylko o byciu fair można zapomnieć. Dużo łatwiej jest zagubić swoje cele i w przeświadczeniu o konieczności bycia w porządku wobec innych zacząć spełniać ich cele i ich wizje. Wiem z własnego doświadczenia, że warto w spokojnym momencie znaleźć trochę czasu i usiąść z kawą czy herbatą nad kartką papieru, aby bez presji zdefiniować własne priorytety i zapisać wnioski. A potem strzec tej kartki jak oka w głowie, bo kiedy znów nadejdzie wielka burza w życiu, można będzie po nią sięgnąć, aby upewnić się, w którym kierunku iść.

I nie chodzi tu o to, że w życiu cele się zmieniają. Że marzyłeś o czymś, a potem życie zweryfikowało twoje oczekiwania, że zostałeś rodzicem i celem numer jednej jest teraz twoje dziecko albo że chciałeś być sportowcem, ale nabawiłeś się takiej kontuzji, że teraz priorytetem jest powrót do zdrowia. Mam na myśli raczej to, że nieraz tak bardzo chcemy być fair wobec innych, że zapominamy o byciu fair wobec siebie. A nie da się być w porządku dla ludzi, gdy nie żyje się w zgodzie ze sobą.

Problemem jest tylko odpowiedź na pytanie, jak znaleźć ten idealny balans między byciem fair wobec siebie i wobec innych.

ZA DZIESIĘĆ LAT

Ja mam na to sposób. Kiedyś podpowiedział mi go mój chłopak i odtąd za każdym razem, gdy waham się, jak postąpić, pytam siebie o to, co z aktualnych wydarzeń i rozterek będzie dla mnie ważne za dziesięć lat. Czy to, że postąpiłam nie fair wobec kogoś, kto i tak nie był mi bliski? Czy to, że odpuściłam swoje marzenie w imię bycia w porządku? Czy może wreszcie za dziesięć lat będę szczęśliwa w miejscu, do którego doprowadził mnie schodek, nad którego użyciem teraz tak bardzo się zastanawiam?

Wieloma sprawami dnia dzisiejszego niezmiernie się przejmujemy, a za dziesięć lat nawet nie będziemy o nich pamiętać. Czy więc naprawdę są aż tak ważne?

Czasem w życiu trzeba być cynikiem i chłodno kalkulować. Poświęcić coś w imię czegoś. Dokonać wyboru. Może dzisiaj nie da ci on bezwarunkowej radości i czystej satysfakcji, ale wiesz już, że w przyszłości sobie za niego podziękujesz.

CODZIENNIK #02: KLIENCI

CODZIENNIK #02: KLIENCI


CODZIENNIK to cykl opowiadań o zwykłych czynnościach i banalnych rzeczach z życia wziętych. Nie ma on żadnego konkretnego celu, nie będzie ani motywował, ani ułatwiał życia, nie będzie też pomagał zorganizować czas ani spełnić marzenia. To tylko takie sobie teksty, które może będzie Ci się, Drogi Czytelniku, miło czytać przy popołudniowej kawie. Może czasem uśmiechniesz się delikatnie pod wąsem (lub pod nosem, jeśli wąsa nie posiadasz), a może westchniesz rzewnie. A potem wrócisz do zwykłego rytmu i normalnych spraw, tworząc swój własny codziennik na żywo.

korpo garnitur dress code work stress

KLIENCI

Siedzę sobie spokojnie, ukryta za wielkim monitorem, i zajmuję się ważnymi, prywatnymi sprawami, takimi jak oglądanie foremek do ciast w chińskim sklepie internetowym, a oni mają czelność przyłazić i czegoś chcieć. Zadawać pytania. Potrzebować pomocy. W najgorszym razie po prostu mówić „Dzień dobry!”. Przecież to mi przeszkadza!

Dla świętego spokoju odrywam jednak wzrok od ekranu i, przybierając ten idealny, naturalny uśmiech, promiennie spoglądam na nich i ze słodką radością w głosie pytam, w czym mogę pomóc. I wtedy dopiero się zaczyna. Zalewa mnie fala, tsunami wręcz, pytań tak dziwnych, że aż śmiesznych. Ile kosztuje metr kuchni? (Ale tej za trzy stówy za zestaw czy za trzydzieści tysięcy na wymiar?). W jakiej cenie jest taki zwykły piekarnik? (Ale ten zwykły-wolnostojący-pięćdziesiątka-gazowy-biały czy ten zwykły-do zabudowy-elektryczny-z podwójnym termoobiegiem-z wifi-z bluetoothem-ze sztuczną intelingencją?)

Ale! Przecież to dopiero początek. Bo ich interesuje taka kuchnia… No i trzeba wstać, wyjść z bezpiecznej strefy za biurkiem, pokazać ludziom swoje metr sześćdziesiąt i służbową koszulę z logo firmy, przejść się z nimi alejką, zgubić ich po drodze dwa razy i wrócić się, żeby ich odnaleźć, kontynuować marsz, aby wreszcie, z nadzieją na procent premii od sprzedania drogich mebli, rozczarować się doszczętnie, stając przed ścianą tanich szafek w zestawach. Wysłuchać narzekania, że nie da się kupić od ręki. Że kolor nie ten. Że wymiar nie ten. Że dlaczego nie można w tej cenie, ale z litego drewna i w nietypowym rozmiarze. Że ile by te wszystkie meble kosztowały.

Więc zapraszam delikwentów do biurka, ruszam przodem w drogę powrotną, tym razem wolniej, żeby znów gdzieś mi nie zaginęli. Siadam po swojej bezpiecznej stronie. Kartka na blat. Kalkulator z szuflady. Cennik z szafki. Ołówek w dłoń. I liczymy. Liczymy. Rysujemy. Liczymy. Za drogo. Oni jednak chcą jakieś tańsze.

Więc jeszcze raz wypełzam do nich i, płaszcząc się w uśmiechach i zachętach, doradzając i komentując, zabawiając dzieci, mężów i teściowe oprowadzam po ekspozycji. W zamian słyszę tylko: za drogo. Za brzydko. Za zwyczajnie. Za dziwnie. Za czarno. Za biało. Za dużo drewna. Za mało drewna. Te! Wyrywam się z letargu potakiwań i notuję w pamięci.

Historia znów się powtarza: kartka, kalkulator, cennik, liczenie…

I gdy już, już myślę, że tak! Że oto moje wysiłki i cierpienia przekonały kogoś, że to właśnie dziś jest jego wielki dzień, kiedy płacąc jedynie trzydzieści procent zaliczki, zamówi wymarzoną kuchnię, słyszę:

- To my to jeszcze przemyślimy. Do widzenia.

I już znowu jestem tylko ja i chiński sklep z darmową wysyłką.
OCH, SKOŃCZ JUŻ WRESZCIE NARZEKAĆ!

OCH, SKOŃCZ JUŻ WRESZCIE NARZEKAĆ!


Mam już dość. Zdecydowanie mam już po dziurki w nosie ciągłego słuchania, jak to wszystkim jest źle i niesprawiedliwie, jak to się życie nie układa, marzenia nie spełniają, waga nie leci w dół, a praca jest koszmarna. Mam serdecznie dość tego, że wszyscy cały czas narzekają.


słupek mina buźka streetart

MAGIA NIE ISTNIEJE


Nie mogę podróżować, bo nie mam na to pieniędzy.

Nie mam czasu na to, żeby czytać więcej książek.

Coś ty, nie mogę tego zrobić, ja się za bardzo stresuję. Tak już mam i nic nie poradzę.

Ja, schudnąć? Nie ma opcji, w mojej rodzinie wszyscy są grubi, to genetyczne, po prostu mamy grube kości.

Wszyscy tak mówią. Szukają wymówek i absurdalnych wyjaśnień dla swoich frustracji. Narzekają, że im w życiu źle, ale nie robią nic, by to zmienić. Bo się nie da, prawda? A ci, którzy osiągnęli sukces, zrealizowali cele i świecą przykładem, że można żyć szczęśliwie i nie psioczyć na swój los, to tylko nieliczni magicy, którzy mieli szczęście, układy, pieniące rodziców, żyli w lepszych czasach i miejscu.

Otóż, zaskoczę cię. Też kocham historię Harry’ego Pottera, ale wiem jedno: magia nie istnieje. A życie nie jest sprawiedliwe, choćbyś nie wiem jak je zaklinał. Masz to, co masz, to jest twoja baza, fundament. Nie zmienisz tego. Pytanie brzmi, co na tym wybudujesz.

ROBOTA FIZYCZNA


Uwierz, że ci, którzy osiągnęli to, o czym to tylko marzysz, na początku po prostu zakasali rękawy i wzięli się do roboty. Budowanie to praca fizyczna. Nie ma znaczenia, czy stawiasz altankę w ogródku, czy budujesz szczęście w życiu. Na spełnianie marzeń jest tylko jeden sposób: wziąć sprawy w swoje ręce. Ta metoda to ciężka harówka, od rana do nocy, żmudna, powolna, ale… skuteczna. O ile fundament każdy ma swój i nie ma tu żadnej sprawiedliwości, o tyle jedna kwestia nie podlega dyskusji: w życiu nie ma nic za darmo. Na każdy sukces ktoś zapracował. Może nie własnoręcznie, ale jednak.

MASZ WYBÓR


Masz w życiu fundament, masz i wybór. Zrozum wreszcie, że to od ciebie zależy, co wybudujesz. Czy zatrzymasz się na parterze, czy postawisz imponujący wieżowiec. Nie narzekaj więc, że masz tylko jedno piętro, skoro nie chciało ci się nosić cegieł po schodach. Źle ci z tym małym domkiem? Podwiń rękawy, zepnij muskuły i wtargaj worek cementu wyżej.
Nie ma pieniędzy na samolot?

Podróżuj w kraju albo nawet we własnym mieście. Jest w nim mnóstwo zakątków do odkrycia.

Nie masz czasu na książki? Ale facebooka przeglądasz kilka razy dziennie. Zamień smartfona na powieść. Albo skorzystaj z kilku moich porad: JAK CZYTAĆ WIĘCEJ. KILKA SPRAWDZONYCH SPOSOBÓW

Stresujesz się tak, że wolisz nic w życiu nie zmieniać? A szukałeś sposobu na relaks? Nerwy da się opanować, ale trzeba wreszcie spróbować.

Nie chudniesz? Nic dziwnego, skoro nie próbujesz. Diety nie zmieniasz, na spacery nie chodzisz, popołudnia spędzasz przed telewizorem.

Masz wybór, więc wybierz. Albo coś zmień, albo skończ narzekać. Naprawdę, nikt nie chce tego słuchać.

Wesołych Świąt Wielkanocnych! :)
JAK PRZETRWAĆ W NOWEJ PRACY

JAK PRZETRWAĆ W NOWEJ PRACY

Otwieram listę tematów, o których mogłabym napisać na blogu. Jest ich mnóstwo, ale w miarę, jak przewijam stronę, odechciewa mi się w ogóle coś pisać. Jestem zmęczona godzinami wysiedzianymi w nowej pracy i stresem z nią związanym. Nagle – eureka! Mogę przecież napisać o tym, co mnie gryzie, w taki sposób, żeby może kogoś innego gryzło mniej.

stres nowa praca kobieta obowiązki

Jak przetrwać w nowej pracy?


Najpierw wysyłasz cv, podanie, list motywacyjny i portfolio w wiele miejsc miejsc. Czekasz, jednocześnie rozsyłając swoje dokumenty dalej i dalej, aż zalewają wszystkie lokalne inistytucje jak tsunami. Wtedy dopiero dzwoni telefon, a w nim miły głos informuje cię, że dzwoni z pytaniem, czy nadal interesuje cię praca na stanowisku, na które aplikowałeś. Od słowa do słowa zaprasza cię na rozmowę kwalifikacyjną, aż wreszcie, przy odrobinie szczęścia, lądujesz w kadrach nad grubym stosem kwestionariuszy do wypełnienia. Wtedy nadchodzi d ługo oczekiwane zwieńczenie twoich starań – podpisujesz umowę.

Ale umowa to nie koniec. To dopiero początek.

Uodpornij się na nudę

Kilka pierwszych dni w pracy to koszmarna nuda. Szkolenie BHP. Szkolenie p/poż. Szkolenie z zasad działania firmy. Szkolenie z obsługi. Szkolenie ze szkolenia się online. Szkolenie online. Musisz się na to nastawić. Tak już jest i tyle. Choć taka nudna dniówka na teczką papierów do przeczytania wlecze się niemiłosiernie, wiedz, że i za nią należy ci się płaca. A przecież nic nie motywuje tak, jak pieniądze. Poza tym, kiedyś prawdopodobnie zatęsknisz za dniem, kiedy beztrosko wertowałeś kolejne segregatory, nie mając jeszcze żadnej odpowiedzialności.

Kilka dni przerwy od życia

Każdy ma jakieś życie oprócz pracy. Niektórzy wypełniają je po brzegi pasją, rodziną, prowadzeniem domu, bloga i własnego biznesu, studiami oraz spacerami z psem. Inni po prostu oglądają telewizję i czasem skoczą na piwo ze znajomymi. Nieważne jednak, jaki tryb życia prowadzisz, weź pod uwagę, że pierwsze dni, a nawet tygodnie w nowej pracy będą męczące, nawet gdybyś zupełnie nic nie robił. Sam fakt bycia poza domem, w nowym środowisku, gdzie jeszcze nie do końca wiesz, jak się zachowywać, a to wszystko w połączeniu z nauką nowych programów komputerowych, danych czy organizacji biura to duże obciążenie. W pozostałych sprawach wrzuć więc na luz i pozwól sobie na popołudniowe leniuchowanie. Oczywiście, może to być odpoczynek aktywny! Jeśli pracujesz w biurze, przejdź się na spacer, żeby przewietrzyć zmęczony umysł. I nie przejmuj się, jeśli jest ci trudno w tym czasie nadążyć z pozostałymi obowiązkami. Gdy przyzwyczaisz się do nowej organizacji czasu i nowych obciążeń, wszystko się ułoży i wrócisz do swojej zwykłej formy.


Opanuj stres i pytaj

Wszyscy się stresujemy. Powiedzenie więc "nie stresuj się" to naprawdę kiepska rada. Niemniej jednak, na początku w nowej pracy to nie ty podejmujesz kluczowe decyzje, więc nie ma czym się przejmować. Jeśli czegoś nie wiesz, spokojnie zapytaj o to kolegów. Lepiej pięć razy się upewniać, wychodząc przy tym na głupka, niż raz coś zawalić, okazując się nieodpowiedzialnym na prawdę. Koledzy w pracy też kiedyś zaczynali i na pewno nie będą mieli ci za złe, że oczekujesz od nich pomocy. Poza tym od pytania o twoje obowiązki wywiązać się może nowa znajomość i rozmowa, która umili ci przebywanie w nowym miejscu o nowych zasadach.

Jednym przyzwyczajenie się do nowej pracy i nauka przy realizowaniu nowych zadać idzie szybko. Inni muszą dłużej ćwiczyć, próbować i pytać. Każdy jednak prędzej czy później opanuje to, co musi, a wtedy jest szansa na to, że w już nienowej pracy będziesz czuł się jak ryba w wodzie. Aby jak najszybciej nadeszła ta chwila. Powodzenia!

KOBIETY, KTÓRE INSPIRUJĄ

KOBIETY, KTÓRE INSPIRUJĄ

W jednym momencie jest wkurzająca, a zaraz potem przesłodka. Masz ochotę ją zabić, ale jednocześnie chronić przed złem tego świata. Trudno ci zdecydować, czy jesteś na nią obrażony, czy szaleńczo zakochany. W jednej chwili rzuca mięsem, w drugiej robi maślane oczka. Wstaje lewą nogą, ale uśmiechnięta, a czasem po fantastycznym dniu jest niezadowolona i marudna. Krzyczy szeptem; seksownie porusza się, siedząc; marzy realistycznie. Jest pełna sprzeczności, jest wybuchową mieszanką. Jest jak paczka fasolek wszystkich smaków i nigdy nie wiesz, na który akurat trafisz.

Niedawno obchodziliśmy Dzień Kobiet. Z tej okazji podzielę się z Wami moją inspiracją: postaciami dziewczyn, które motywuję mnie do działania, które dają kopa i energię, kiedy w samej sobie już jej nie znajduję, które mnie czegoś uczą. Może i w Was obudzą chęci do spełniania marzeń.

DZIEWCZYNA CODZIENNIE FIT

Fani zdrowego stylu życia z pewnością kojarzą tę postać. Chodzi oczywiście o Martę Hennig, autorkę jednego z najpopularniejszych blogów fitnessowych w Polsce: CODZIENNIE FIT. Marta jest wykształconą trenerką i instruktorką fitness, świetnie zorganizowaną dziewczyną, która odnosi coraz to nowe sukcesy i staje się popularniejsza z dnia na dzień. Pięknie wygląda, daje dobre rady i profesjonalnie podchodzi do swojej internetowej egzystencji. Prowadzi też lifestyle’owego bloga o życiu z uśmiechem: MARTA PISZE.

Ale to nie za to tak bardzo ją cenię. Jasne, porady Marty o zdrowym stylu życia czy jej świetne zdjęcia na Instagramie pomogły mi nie raz i nie dwa wziąć tyłek w troki i zrobić trening. Ale tak naprawdę najbardziej inspiruje mnie szczerość, z jaką ta dziewczyna opowiada o swoich załamaniach i gorszych chwilach. Bez skrępowania i bez udawania pokazuje, że każdy, nawet nasi idole, mają czasem doła albo łapią lenia. Że zmagają się z problemami, że się stresują, przejmują i czasem podjadają czekoladę. Marta pokazuje, że spełnianie swoich marzeń i osiąganie sukcesów to nie kolorowe, łatwe zadanie. Mimo to jednak prawie zawsze uśmiecha się od ucha do ucha i pomaga zobaczyć, że życie jest piękne. I że warto z niego czerpać pełnymi garściami.

codziennie fit inspiracja kobieta trener personalny
Zdjęcie pochodzie z bloga Codziennie Fit


SZEFOWA SWOJEGO KALENDARZA

A raczej Pani Swojego Czasu, czyli Ola Budzyńska, właścicielka marki i bloga, na którego warto zajrzeć. Uczy inne kobiety, jak skuteczniej wykorzystywać swój czas. Jak go zaplanować tak, żeby nie zwariować. Jak zdążyć wszystko zrobić i jeszcze mieć czas na myślenie o niebieskich migdałach.

Choć Ola znana jest przede wszystkim z perfekcyjnej organizacji czasu, mnie inspiruje bardziej sposób, w jaki potrafi w sobie tę cechę organizatora wyłączyć i czerpać z wolności od kalendarza, zegarka i listy rzeczy do zrobienia. Otwarcie mówi o tym, że w czasie urlopu nie planuje nic, a organizacja czasu na co dzień nie polega na tym, żeby zapchać cały kalendarz sprawami do załatwienia. Chciałabym kiedyś tak jak Ola umieć się wyluzować, mieć czas tylko dla siebie i nie robić nic, nie planować nic, nie załatwiać nic… Codziennie uczę się tego po trochu od Pani Swojego Czasu i może kiedyś tę trudną sztukę opanuję.

pani swojego czasu blogger blog inspiracja
Zdjęcie pochodzi z Instagrama Pani Swojego Czasu


ANONIMOWA KOLEŻANKA

Nie jest to nikt znany, dlatego nie wymieniam jej z nazwiska. Jest to osoba, która wali do przodu z uniesioną głową z taką energią, że skruszy każdy mur, stojący na jej drodze. Studiuje, pracuje, utrzymuje się sama. Projektuje, gotuje, ćwiczy jogę, biega, ogląda seriale, czyta wiadomości z kraju i zza granicy… Zawsze w biegu, zawsze wszędzie jej pełno. Mimo tylu różnych spraw, zachowuje zdrową głowę. Pozornie jest roztrzepana, ale nigdy o niczym nie zapomina.
Jednak nie to jest w niej najważniejsze. Inspiruje mnie przede wszystkim to, jak świadomie przyjmuje odpowiedzialność za to, co robi. Nie prosi, żeby wpisać ją na listę, gdy nie ma jej na wykładzie. Nie marudzi, że coś jej się należy. Jeśli na coś się decyduje, to bierze na klatę konsekwencje i nie narzeka, że jest ciężko. Wie, co robi, co jest dla niej ważne i jak sobie z tym poradzić. Kiedy potrzebujesz pomocy – pomoże. Sama rzadko o nią prosi, raczej bierze sprawy w swoje ręce. Gdy się na coś umawia, wywiązuje się z obowiązku na czas. Jeśli coś nie idzie, zakasuje rękawy i bierze się do roboty

Widząc ją w akcji, mam nadzieję, że kiedyś będę potrafiła tak po prostu godzić się z konsekwencjami swoich działań. Inspiruje mnie, a to przecież tylko zwykła dziewczyna. Może Wy też macie kogoś takiego obok?

przemyślenia inspiracje zaduma marzenia

A kto Was inspiruje? Czy są jakieś konkretne postacie, znane lub nie, które dają Wam kopa, gdy tego potrzebujecie? Napiszcie w komentarzu :)