JESIEŃ - JESTEM NA TAK

JESIEŃ - JESTEM NA TAK

Ostatnio zaczęłam zastanawiać się, która pora roku jest moją ulubioną. Doszłam do wniosku, że każda. Bo jeśli spytacie mnie o to teraz, to powiem, że jesień. W listopadzie stwierdzę, że zima. W lutym będę wyczekiwać wiosny, a w maju zatęsknię za upałami i najdłuższymi dniami w roku. Świat został tak sprytnie wymyślony, że kiedy jedno zaczyna nas nudzić, pojawia się drugie, a potem trzecie i tak w kółko.


jesienna bucket list


JESIENI MÓWIĘ TAK

Tegoroczne lato to dla mnie już przeżytek, zwłaszcza że zaczęło się gdzieś w połowie kwietnia, kiedy temperatury skoczyły do trzydziestu stopni i w moim przypadku nie odpuściło aż do końca, bo kiedy nawet w Polsce przyszło ochłodzenie, u mnie w Hiszpanii skwar lał się z nieba.

Dlatego, jak co roku, nadchodzącej jesieni mówię zdecydowane tak. I jak zazwyczaj witam ją JESIENNĄ BUCKET LIST pełną pomysłów na to, co jeszcze lepiej pozwoli mi poczuć klimat długich wieczorów, zachmurzonego nieba i ozłoconych liści.

15 SPOSOBÓW NA TO, BY JESZCZE LEPIEJ POCZUĆ JESIEŃ

  1. Ciasto dyniowe lub marchewkowe – nie wiem, jak Wy, ale ja uwielbiam słodycze, więc ciasta zabraknąć nie może.
  2. Straszny film na Halloween – horrory zazwyczaj mnie nie przekonują, ale raz na jakiś czas można przecież obejrzeć coś innego niż zwykle. Poza tym to kolejny powód do wskoczenia pod kocyk.
  3. Świeczki i kadzidełka – w lecie wystarczy gorąc z nieba, nie trzeba się podgrzewać świeczkami. Ale jesień to już inna historia.
  4. Kryminały – czytane z wypiekami na twarzy (i na talerzyku).
  5. Kakao na bardzo słodko – pamiętam z dzieciństwa gorącą czekoladę, którą przyrządzała mi mama. Warto dbać o takie wspomnienia.
  6. Wyzwanie rysunkowe – skoro i tak spędzam więcej czasu w domu, to chętnie wykorzystam go na jakieś kreatywne działania! Można też nauczyć się kaligrafii, zacząć bawić się w SCRAPBOOKING albo robić na szydełku.
  7. Długie spacery – w lecie nie wchodziły w grę, bo palące słońce mogło być nawet niebezpieczne. Brakuje mi takiego łażenia, rozmawiania, robienia ładnych albo głupich zdjęć na dworze…
  8. Śliwki – bo to przecież najbardziej jesienny smak. W tym roku chcę spróbować TEGO PRZEPISU MARTY.
  9. Szale i swetry – lato to czas sukienek i krótkich bluzek, a jesienią aż chce się wskoczyć w puchaty sweter i owinąć się szalem jak kocem. Nie omieszkam skorzystać z chłodniejszej temperatury.
  10. Treningi – kocham aktywność na świeżym powietrzu, szczególnie w formie wspinania się na skałki. Jesienne deszcze, chłody i wczesne wieczory skutecznie utrudniają mi tego typu działalność, dlatego jesienią stawiam na porządny, zorganizowany trening.
  11. Nauka i samorozwój – Ci, którzy jesienią wracają do szkoły albo na studia spokojnie mogą ten punkt odhaczyć. Ale dla nas, dla których pozostała już tylko praca i dorosłe życie, też jest jeszcze ratunek w postaci podcastów, tutoriali, książek, kursów… w dobie internetu można się uczyć non stop.
  12. Mocniejszy makijaż – w lecie nadmiar kosmetyków na twarzy i tak spływał z potem. Można wykorzystać przyjemniejsze temperatury na eksperymenty makijażowe. Ja mam w planach częściej używać szminki. Może przeproszę się też z eyelinerem…?
  13. Kubek termiczny w dłoni – nic tak nie rozgrzewa, jak łyk ciepłej kawy pośród jesiennej zawieruchy.
  14. Obserwowanie innych – to jedno z moich ulubionych zajęć na każdą porę roku! Ludzie to fascynujący gatunek.
  15. Planowanie świąt – nie wiem, czemu w tym roku tak bardzo czekam na Boże Narodzenia. Może dlatego, że tym razem będzie ono zupełnie inne niż zawsze. Poza tym mam w planach zrobić swój GRUDNIOWNIK i już szukam do niego materiałów.

Takie są moje plany na tegoroczną jesień. Mam nadzieję, że dzięki nim codzienność będzie ciekawsza, a dni nie przelecą mi przez palce. Liczę na to, że zachowam fantastyczne wspomnienia. A Wy co będziecie robić? Macie swoje rytuały, które co roku umilają Wam jesienny czas?





CO TO JEST MIŁOŚĆ?

CO TO JEST MIŁOŚĆ?

Miłość – silna więź, jaka łączy ludzi sobie bliskich.


Mówi się, że jest wiele rodzajów miłości. Że miłość matki do dziecka to jedno, a miłość do życiowego partnera to drugie. Kochanie swojego psa albo kota to też przecież zupełnie coś innego. A można jeszcze kochać sport albo szarlotkę babci Zosi.

Miłość to temat zbyt obszerny na jednego blogowego posta, dlatego weźmiemy dzisiaj na tapetę tylko pewną historię o tym, jak zrozumiałam, że druga połówka pomarańczy naprawdę kocha tę pierwszą.

co to jest miłość love morze

ROMANTYCZNIE WOKÓŁ NAS

Nie wiem, jak Wy, ale ja lubię czytać o miłość i oglądać te filmy, kiedy najpierw się poznają, potem zakochują, potem rozdzielają, a na koniec znowu schodzą i żyją długo i szczęśliwie. Lubię te wszystkie kolacje przy świecach, wieczorne pocałunki, rycerzy na białych koniach i wielkie życiowe przemiany po to, żeby być razem.

To wszystko jest cudowne, fantastyczne, piękne i najchętniej chciałabym, żeby wydarzyło się w moich życiu… Wróć! Żeby zostało na ekranie i pomiędzy przednią a tylną okładką książki! Facet z kwiatami rzucający się na kolana na środku ulicy, brawurowa jazda samochodem, żeby złapać ją, zanim odleci samolot, powrót do niego przez pół świata, świece, kolacje, tańce, satynowa pościel i inne niezbędne elementy przeciętnej komedii romantycznej są super, ale to tylko symbole, a nie prawdziwa miłość. A ja w życiu chcę miłości.

ZOSTAW MNIE I WYJEDŹ

W dużym skrócie tak brzmiał tekst, dzięki któremu zrozumiałam, że jestem kochana. I to cholernie mocno. A było to tak, że skończył się rok akademicki, a razem z nim mój okres zagranicznego stypendium Erasmus. W planach było kontynuowanie i skończenie studiów na uczelni, oddalonej o jedyne – bagatela – dwa i pół tysiąca kilometrów. Miałam wybór, mogłam postawić krzyżyk na swojej edukacji i oczywiście jako młoda, szalona i zakochana rozważałam całkiem serio taką możliwość, ale usłyszałam: wyjedź. Usłyszałam głos rozsądku pomieszany z poświęceniem, męski głos mówiący całkiem szczerze, żebym zadbała o swoją edukację. Że damy radę, że on zaczeka, że przecież co się odwlecze, to nie uciecze.

I kiedy uświadomiłam sobie, jakieś siły wymagać musiało wypowiedzenie tych słów, zrozumiałam, że miłość to nic innego, jak większa niż wszystkie pocztowe gabaryty paczka siły. Siły, która pozwala pchać pociągi towarowe i góry przenosić. A nawet poświęcić swoje dobro dla drugiej połówki pomarańczy.

DZIĘKUJĘ

Jestem niesamowicie wdzięczna za to, że w odpowiednim czasie usłyszałam te słowa. Dzięki nim nie tylko zrozumiałam, czym jest miłość, ale też nauczyłam się ją doceniać i cieszyć się tymi drobnymi jej przejawami, kolacjami we dwoje, spacerami, kwiatami, tańcami, świecami i tym wszystkim, co w filmach pięknie wygląda, a w życiu ma znaczenie tylko wtedy, kiedy stoi na solidnym fundamencie.

Na koniec powiem tylko jedno: kochajcie się!




#06 MIESIĄC Z JUST: PIERWSZY MIESIĄC NA EMIGRACJI

#06 MIESIĄC Z JUST: PIERWSZY MIESIĄC NA EMIGRACJI


Wentylator na trzecim biegu szumi, a wręcz ryczy mi nad prawym uchem. Siedzę przed laptopem w najkrótszych szortach i sportowym topie, zasłaniającym tylko to, co trzeba, przy nocnej lampce, mimo że jest środek dnia. Rolety w oknach są całkowicie opuszczone, żeby oddzielić mnie od szalejącej na dworze fali czterdziestostopniowych upałów. Mija właśnie miesiąc, odkąd wyprowadziłam się z Polski do Hiszpanii. Na dobre.



NA DOBRE I NA ZŁE

Chciałabym napisać, że ten miesiąc składał się z samych radosnych dni, okraszonych uśmiechem i beztroską. Że każdy dzień zaczynał się wspaniałym porankiem i kończył szczęśliwym wieczorem. Ale zamiast tego napiszę po prostu prawdę. Pierwszy miesiąc na emigracji był jak huśtawka ogrodowa, raz w górę, raz w dół, raz do przodu, raz do tyłu. Były wspaniałe dni rodem z instagrama i były smętne wieczory, były cudowne poranki pachnące kawą i croissantami oraz takie, kiedy podnosiłam się niechętnie z łóżka zestresowana czekającym mnie dniem. Był zachwyt i był płacz.

Mam wrażenie, że choć spodziewane, takie całkowite wyrwanie się z dotychczasowego kontekstu okazało się dla mnie niemałym szokiem. Zmieniło się prawie wszystko. Na śniadanie jem co innego, mam całkowicie odmienny widok z okna, dzień zaczyna się i kończy o innych godzinach, nowi znajomi zachowują się inaczej niż starzy, mam o wiele mniej rzeczy do ogarnięcia, a jednocześnie są to zupełnie inne sprawy niż to, czym zajmowałam się w Polsce… To wszystko z jednej strony zachwyca, ale z drugiej przeraża. Na szczęście Michał to moja constans.


NOWE CELE I WYZWANIA

Pierwszy miesiąc w Hiszpanii poświęciłam na… początkowo na nic-nie-robienie. Szybko jednak zorientowałam się, że bardzo źle czuję się z tym, że czas przecieka mi przez palce, kolejne dni umykają, a nie dzieje się nic, co chciałabym zapamiętać. Dlatego też pewnego wieczoru usiadłam spokojnie z moim BULLET JOURNALEM i zainspirowana WPISEM KASI Z BLOGA WORQSHOP.PL zabrałam się za ponowne określenie swoich celów na najbliższe miesiące. Są wśród nich zarówno te dotyczące rozwijania nowych znajomości, finansów (co może być trudne do osiągnięcia, jeśli przed końcem roku nie znajdę pracy), jak i proste czynności, takie jak dbanie o mieszkanie czy regularne rozciąganie i rolowanie.


LATO W PEŁNI

Krok po kroku wypełniam swoją LETNIĄ BUCKET LIST, angażując w to też Michała. Fala upałów nie pomaga, ale mimo to całkiem nieźle idzie nam dbanie o to, żeby tego lata nie zmarnować. Udało nam się już popływać i poopalać na plaży, napić się mrożonej kawy, zjeść arbuza (tylko 1 euro za pół naprawdę sporego okazu) i pyszne lody o smaku mango (Michał wybrał stracciatellę), wstać wcześniej niż zwykle, aby wykonać poranną jogę (tutaj niestety musiałam radzić sobie sama, Michał i joga raczej za sobą nie przepadają) i wybrać się na krótką, ale intensywną wycieczkę rowerową. Poza tym zorganizowaliśmy też domowe biuro, co wymagało wyprawy do Ikei (mamy do niej prawie 200 kilometrów, więc to nie byle co!) i paru innych sklepów z wyposażeniem wnętrz.

Wszystkie te letnie przyjemności dokumentuję na zdjęciach, bo mam w planach wykonanie małego wakacyjnego albumu. Prace nad nim już trwają.

emigracja lato justyna spyrka


CO DALEJ Z BLOGIEM?

Na początku lipca na blogu ukazał się WPIS Z CYKLU CODZIENNIK, po czym… zamilkłam. Nie chodzi o to, że porzuciłam bloga, ba!, miałam sporo wątpliwości, czy w ogóle mogę tak przez jakiś czas nic nie publikować, bo przecież zasięgi, wyświetlenia, czytelnicy, komentarze, ale… Poczułam, że blog, który założyłam mniej więcej rok temu, bo miałam taką ochotę i co nieco do powiedzenia, stał się tylko kolejnym obowiązkiem. A tego nie chciałam i nie chcę. To ma być dla mnie przyjemność, a nie przykra praca do wykonania. Dlatego też postanowiłam pisać wtedy, kiedy mam na to ochotę, i o tym, o czym akurat mi się zachce. Nie obiecuję więc regularności. Obiecuję za to teksty pisane z radością.

CZASOUMILACZE

Pierwszy miesiąc na emigracji umilały mi różne rzeczy, a wśród nich:
  • film: DRUGA CZĘŚĆ MUSICALU MAMMA MIA, na który wybrałam się sama do kina. Co prawda Pierce Brosnan mówiący po hiszpańsku (niestety Hiszpanie wszystko dubbingują) mnie nie przekonuje, ale film mimo wszystko mi się podobał.
  • serial: ANIA, NIE ANNA. Dopiero teraz zabrałam się za pierwszą serię i od razu oglądam drugą, skoro już jest dostępna. Lubię kostiumowe produkcje, a historia Ani z Zielonego Wzgórza w netflixowym wydaniu podbiła moje serce.
  • książka: #NIEWIDZIALNA to powieść o nieśmiałej nastolatce, która całkiem nieźle radzi sobie z Photoshopem i Instagramem. Nie jest to może najlepsza powieść, jaką czytałam, ale warto sięgnąć jak po ciekawostkę, bo z #instagramową #fabułą wcześniej się nie spotkałam.
  • muzyka: Państwowy Zespół Pieśni i Tańca MAZOWSZE. Ponownie odkryłam polski folklor dzięki filmowi Zimna Wojna i muszę przyznać, że wcale mi się on nie nudzi.
  • podcast: THE MINIMALISTS. Podcasty amerykańskich minimalistów bywają zabawne albo poważne. Nie ze wszystkim, o czym ci panowie mówią, się zgadzam, ale mimo to dobrze się ich słucha. Ich podcast jest dostępny na Spotify.
  • youtube: kanał GLOBSTORY. Nadrobiłam już wszystkie kanały, które ślędzę, więc musiałam poszukać czegoś innego, co „gadałoby do mnie w tle”. Globstory jednak nie nadaje się do bycia tłem. Ta dziewczyna porywa i wciąga, koniecznie do niej zajrzyjcie.


CODZIENNIK #03: PORANNE POŻĄDANIE

CODZIENNIK #03: PORANNE POŻĄDANIE

CODZIENNIK to cykl opowiadań o zwykłych czynnościach i banalnych rzeczach z życia wziętych. Nie ma on żadnego konkretnego celu, nie będzie ani motywował, ani ułatwiał życia, nie będzie też pomagał zorganizować czas ani spełnić marzenia. To tylko takie sobie teksty, które może będzie Ci się, Drogi Czytelniku, miło czytać przy popołudniowej kawie. Może czasem uśmiechniesz się delikatnie pod wąsem (lub pod nosem, jeśli wąsa nie posiadasz), a może westchniesz rzewnie. A potem wrócisz do zwykłego rytmu i normalnych spraw, tworząc swój własny codziennik na żywo.


codziennik dobry początek dnia


Wchodzę do kuchni i rozglądam się, lekko jeszcze zaspana. Sprawdzam, czy jest. Tak, jest obecna, czeka na mnie dokładnie tam, gdzie zawsze. Na prawym Jej boku widnieje strużka o lekko białawym zabarwieniu. Na pewno spłynęła po Niej kropla wody i zostawiła taki tymczasowy tatuaż. Wyciągam do Niej dłoń, uradowana tym, że jak zwykle czeka na mój uścisk. Obejmuję Ją czule. Jedną ręką podtrzymuję od dołu, podczas gdy druga dłoń delikatnie okręca się wokół Jej osi, mocno zaciśnięta. Pieszczę ją przez chwilę, aż wreszcie oddzielmy się od siebie i widzę, że jest już dla mnie otwarta niczym dobra książka.

Delikatnie zagłębiam się w Jej wnętrza. To ono, odpowiednio przygotowane, sprawi, że będę dziś zachwycona. Wymiatam pozostałości wczorajszego dnia, delikatnie pozbywam się tego, co może popsuć całą operację. Opróżniam Ją z przeszłości, aby była idealnie gotowa na to, co dawać mi będzie dzisiaj.

Wypełniam Jej dolną część chłodną wodą dokładnie tak, aby pieściła Ją lekko po zaworku. Zakładam, co trzeba, ale… Muszę oderwać od Niej dłonie, aby sięgnąć w bok po duży, podłużny, a zarazem owalny, śliski i przyjemnie chłodny okaz, który będzie mógł swym wnętrzem wypełnić Ją po sam brzeg. Pomagam im w tym, wsadzam więcej, poklepuję, wejdzie jeszcze trochę, znów poklepać… Kiedy jest już wypełniona, pilnuję, aby szczelnie zamknęła w sobie sens tego wszystkiego, aby zatrzymała w środku wszystko, co da nam esencję tego rytuału.

On wraca na swoje miejsce, a dla Niej przyszedł czas na błogie ciepło, które rozleje się po całym jej korpusie, będzie pełzło od dołu, ogrzeje Ją od zewnątrz, ale skumuluje się w środku i sprawi, że sens tego wspólnego czasu wytryśnie, dając ogromnie dużo wrażeń, ciepła i zapachu. Kiedy to nastąpi, pozwolę Jej jeszcze chwilę dochodzić dla mnie.


Potem po prostu ściągnę kawiarkę z gazu i przeleję czarne espresso do ulubionego kubka. Dodam trochę mleka. I wypiję do śniadania.
LATO - JAK SPRAWIĆ, ŻEBY BYŁO UDANE?

LATO - JAK SPRAWIĆ, ŻEBY BYŁO UDANE?

Jest kilka powodów, dla których lato traktujemy trochę inaczej niż pozostałe pory roku. Już od dziecka uczymy się, że to czas wolny. Nie ma szkoły, nie ma zająć popołudniowych, można szaleć z kolegami na podwórku, poświęcać kolejne godziny na przyjemności. Jako studenci jesteśmy już po sesji, więc w zasadzie też przynajmniej do września możemy niczym się nie przejmować i błogo relaksować albo chodzić na szalone imprezy. Jako rodzice to właśnie w lecie wybieramy się na urlop, żeby spędzić wakacyjny czas ze swoimi pociechami i odpocząć od zawodowych stresów. Więc nie ma co się zastanawiać - lato to zdecydowanie przyjemny, słoneczny i błogi czas, który chcemy dobrze wspominać. O ile na pogodę nie mamy wpływu, o tyle na to, żeby w lecie zrobić kilka fajnych rzeczy już tak. Jeśli jednak brakuje wam pomysłów na to, w co ten letni czas zainwestować, przychodzę z pomocą - z letnią bucket list, czyli listą przyjemności, na które koniecznie w lecie musicie sobie pozwolić.

lato bucket list

LETNIE PRZYJEMNOŚCI


  • piknik - grupa przyjaciół, a może tylko ukochana osoba, koc, płócienna torba z papierowymi talerzykami i coś pysznego do jedzenie. Nie może być lepiej!

  • wycieczka za miasto - rower, a może trekking po górach? Trochę świeżego powietrza, oddychający las zamiast rozgrzanego do czerwoności betonu? Zdecydowanie!

  • plażowanie - można leżeć plackiem na ręczniku (tylko koniecznie po posmarowaniu się kremem z filtrem!) albo pływać w morzu. A jak ktoś woli aktywność, to poranna przebieżka po piasku albo mecz siatkówki też wchodzą w grę.

  • grill - albo ognisko. Kiełbaska na patyku, posmak dymu w ustach - może to i niezdrowe, ale jakie przyjemne!

  • dzień offline - to coś, czego jeszcze nie próbowałam, bo jakoś... nie mogę się przemóc. Smartfony, tablety i laptopy opanowały nasz świat. W lecie chcę znaleźć choć jeden dzień na odpoczynek od tego wszystkiego. Spróbujemy razem?

  • pyszne jedzenie - zagraniczne potrawy na dalekim wyjeździe albo tradycyjne polskie ciasto na podwieczorek? Tak! W lecie znajdziecie chwilę na przygotowanie czegoś pysznego.

  • dobra książka - o podróży, o miłości, o wakacjach... a może kryminał? Tylko koniecznie ze słońcem i latem w tle.

  • lody - no bo jak przeżyć lato bez lodów? Ochłodzą, posmakują i obiecuję, jedzone z rozsądkiem nie dodadzą wam żadnych kilogramów.

  • mrożona kawa - gorąca, ciężka wersja napoju bogów niech poczeka na jesienne wieczory, teraz czas na coś lekkiego i fikuśnego.

  • poranna aktywność - nie ma to jak zacząć długi, letni dzień od odrobiny ruchu. Poranna produkcja endorfin zdecydowanie pożądana.

  • lemoniada - kwaśny smak orzeźwia, a pływające w dzbanku kawałki owoców wyglądają cudownie. Musicie się skusić.

  • arbuz i inne owoce - arbuz ma w sobie tyle wody, że jest naprawdę niskokaloryczny. Inne owoce zresztą też są zdecydowanie lepszym wyborem niż kolejna porcja czekolady. Korzystajcie.

  • noszenie sukienek - panów może mniej to dotyczy, choć też z pewnością lubią sukienki (szczególnie na paniach), ale dziewczyny! Korzystajmy z faktu, że możemy ubrać się zjawiskowo i nic nie odmarza ani nie pójdzie oczko w rajstopach ;)

Ja oczywiście przygotowałam w swoim BULLET JOURNALU specjalną letnią bucket list. Liczę na to, że w tym roku uda mi się wykreślić z niej wszystkie pozycje, zwłaszcza że tym razem postanowiłam uwiecznić lato na zdjęciach i umieścić je w specjalnym albumie.

A Wy co koniecznie chcecie zrobić tego lata? Napiszcie w komentarzu :)

WOLNY CZAS? POGÓDŹ SIĘ Z NIM. 10 SPOSOBÓW NA ODPOCZYNEK.

WOLNY CZAS? POGÓDŹ SIĘ Z NIM. 10 SPOSOBÓW NA ODPOCZYNEK.

Jeszcze niedawno było na dworze chłodnawo i raczej deszczowo. Potem nie wiadomo kiedy przemknęła majówka. A teraz – zupełnie niespodziewanie – jest już połowa czerwca, na uczelniach trwa sesja egzaminacyjna, a ja odliczam już nie miesiące, ale tygodnie, a nawet dni do wyjazdu. Jak zwykle, czas przeleciał szybciej, niż się spodziewałam, po prostu przeciekł mi przez kalendarz pomiędzy jedną listą rzeczy do załatwienia a drugą. Od kilku dni jednak – jakby go przybyło. Są spokojne wieczory, mam wolny czas dla siebie. Jak to się stało? I – co ważniejsze – co ja mam z tym czasem zrobić?

Obserwując samą siebie, uświadomiłam sobie, że w natłoku obowiązków, w epoce wielozadaniowości, ciągłej dostępności online i kolejnych deadline’ów ludzie mają problem z zaakceptowaniem wolnego czasu. Nie umiemy nic nie robić. Nie potrafimy tak po prostu zająć się czymś, co nie jest produktywne, od każdej chwili oczekujemy jakiegoś realnego zysku. Spacer? Tak, dzięki temu spalę więcej kalorii i schudnę. Książka? Tak, najlepiej coś z kategorii samorozwój, żebym czegoś się nauczyła. Telefon do przyjaciółki? Jasne, muszę zapytać, czy zajmie się moim psem w przyszłym tygodniu. Wiadomo, życie jest po to, żeby jak najwięcej z niego wyciągać, ale czy naprawdę wszystkie momenty musimy przehandlować za odhaczone zadanie na liście? To chore.



ORGANIZACJA, KTÓRA DZIAŁA

Od początku tego roku, a właściwie chyba jeszcze od poprzedniego, zmagałam się z naprawdę sporą ilością obowiązków. Przez ten cały czas walczyłam też z organizacją czasu. Walka? To dobre słowo, bo, jak to na wojnie, niektóre bitwy wygrywałam i wtedy rzeczywiście wszystko szło świetnie, ale niektóre kończyły się kompletną porażką i zapinkalaniem 24/7. Od jakiegoś czasu jednak moja organizacja działa. Robię to, co muszę, nie zawalam obowiązków, a jednocześnie mogę pozwolić sobie na relaks i wolny weekend.

Jak to zrobiłam? Po prostu wyluzowałam! Zrozumiałam, że świat się nie zawali, jeśli czegoś nie zrobię na wyznaczony przez samą siebie termin. Że nie wybuchnie wojna, jeśli wyślę maila w piątek rano, a nie w czwartek wieczorem. Zobaczyłam, że inni też nie przedkładają planera nad spokojny czas dla siebie. Więc dlaczego ja miałabym tak robić?

WOLNY CZAS? POGÓDŹ SIĘ Z NIM.

Kiedy pojawił się pierwszy wolny wieczór, z radością obejrzałam kilka odcinków serialu. Kiedy pojawił się drugi, poszłam na spacer. Gdy trafił się trzeci – nie wiedziałam, co ze sobą zrobić i – o zgrozo! - prawie zabrałam się za sprawy zaplanowane na następny dzień. Trudno było mi pogodzić się z tym, że nagle jest kilka godzin, kiedy nie mam planów i konkretnych rzeczy do zrobienia. Musiałam więc w myślach grubą kreską oddzielić dni od siebie i wieczorami nie zabierać się za coś, co dotyczy dnia następnego. Wymyśliłam sobie kilka zajęć, które pomagają mi zapełnić wolny czas i pogodzić się z odpoczynkiem

wolny czas


10 POMYSŁÓW NA SPĘDZANIE WOLNEGO CZAS

  • Obejrzyj film albo kilka odcinków serialu. Bez zobowiązań i wyrzutów sumienia.
  • Poczytaj książkę. Ale taką łatwą i przyjemną, a nie „Poradnik, jak wykonywać sto zadań na minutę i być szczęśliwym”.
  • Zajmij się rękodziełem. Nie każdy lubi, ale na szczęście PROJECT LIFE, KTÓRY OSTATNIO ODKRYŁAM to forma, która nie wymaga specjalnych umiejętności.
  • Poczytaj blogi. W sieci można poznać naprawdę ciekawe osoby, które czasem nieźle piszą.
  • Idź na spacer albo zakupy. Ale nie po ziemniaki i mięso na jutrzejszy obiad, tylko tak o. Po prostu.
  • Zadzwoń do przyjaciółki. Pogadajcie o wszystkim i o niczym albo spotkajcie się w parku. Co tam chcecie.
  • Posprzątaj. Nie dlatego, że musisz, tylko dlatego, że ci się zachciało. Ja tam miałam (ale tylko troszeczkę ;) )
  • Zaplanuj coś fajnego. Na przykład remont czy weekendową wycieczkę.
  • Upiecz ciasto albo zrób domowe lody. Możesz wypróbować zupełnie nowy przepis, nawet, jeśli jego wykonanie zajmuje wieki. Masz na to czas.
  • Śpij. Większość z nas śpi za mało, więc warto pomyśleć na popołudniową drzemką albo wcześniejszym wskoczeniu do łóżka. Odpoczynek to najważniejsza część pracy ;)

Trochę mi to zajęło, ale już zaakceptowałam wolny od obowiązków czas. Też mieliście albo macie z tym problem? Napiszcie koniecznie w komentarzu.



REAKTYWACJA KANAŁU: WYJEŻDŻAM NA STAŁE?

REAKTYWACJA KANAŁU: WYJEŻDŻAM NA STAŁE?

Troszkę się wahałam, ale wygrało jednak moje parcie na szkło i reaktywowałam KANAŁ NA YOUTUBE'IE. Dlatego zapraszam na nowy pierwszy film, w którym zapowiadam nową serię filmów i opowiadam w skrócie moją historię. Odpowiadam też na pytanie, czy ja naprawdę wyjeżdżam na stałe?


    


CHŁOPAK CZY PRZYJACIEL?

CHŁOPAK CZY PRZYJACIEL?

Ostatnio bardzo dużo myślę o ludziach wokół mnie. W obliczu zbliżającego się wielkimi krokami (tak, to już mniej niż miesiąc!) wyjazdu coraz częściej zastanawiam się nad istotą przyjaźni i bycia otoczonym przez bratnie dusze. Jednocześnie, jako że reaktywowałam KANAŁ NA YOUTUBE’IE, oglądam vlogi i pogadanki innych emigrantów. W którymś filmiku napotkałam stwierdzenie, że jeśli wyjeżdża się dla miłości swojego życia, dla faceta, to przez jakiś czas będzie on siłą rzeczy jedynym przyjacielem.


chłopak czy przyjaciel


PRZYJAŹNIE NA ODLEGŁOŚĆ

Boję się tego, że wyjazd będzie się wiązał z samotnością i że nie będzie wokół mnie osób, zawsze gotowych mi pomóc. Nie będzie tych kilku dusz, na którym mogę polegać w każdym momencie, takich, z którymi dzielę śmiech, łzy i kawę. Po dwóch latach związku na odległość jestem już co prawda specjalistką od relacji na dystans, ale jestem też realistką. Dzięki temu doświadczeniu wiem, że utrzymanie bliskiej relacji na odległość jest możliwe tylko wtedy, jeśli taka sytuacja ma swój konkretny punkt końcowy. W przypadku mojego związku od początku wiedzieliśmy, że rozłąka skończy się razem z moimi studiami, więc łatwiej było nam przetrwać, regularnie myśląc o tym, że każdy kolejny dzień osobno zbliża nas do bycie razem. Gdy nie ma punktu końcowego, nie ma też tego, co w gorszym momencie pocieszy i zmobilizuje do walki.

I tak, wiem, w dzisiejszych czasach mamy skype’a, facebooka, whatsappa, telefony, wideorozmowy i mnóstwo sposobów na to, żeby pozostać w kontakcie. Ale pozostać w kontakcie to jedno, a móc w dowolnym momencie liczyć na rzeczywistą pomoc lub tej pomocy udzielić – to drugie. I choć wiem, że moi przyjaciele będą nimi zawsze, że nieważne, czy minie rok, dwa czy dziesięć lat, zawsze będę mogła z nimi szczerze i o wszystkim pogadać i zawsze sobie pomożemy, to jestem też świadoma, że nasze relacje ulegną pewnemu rozluźnieniu.

PRZYJACIEL Z BONUSEM I ZOBOWIĄZANIEM

Przyjaciel z bonusem – znacie to określenie? To w książkach, wtedy, kiedy on i ona niby się przyjaźnią, a czasem pocałują albo przelecą w akademiku któregoś amerykańskiego college’u. I niby nie ma zobowiązań, ale przy końcu fabuły okazuje się, że jednak są i zawsze były. Więc jak dla mnie – przyjaciel z bonusem i zobowiązaniem to definicja związku. Bo przecież wiem, że kiedyś będziemy starzy, może grubi, chorzy, nieatrakcyjni. I że wtedy już nie będzie między nami tej erotycznej chemii i że wieczory będziemy spędzać, przysypiając nad krzyżówką, z kubkiem herbaty i garścią pigułek na wszelkie możliwe choroby. Ale jestem pewna, że nadal będziemy się dobrze razem bawić. Tak to już jest między przyjaciółmi. A przecież mój chłopak jest moim przyjacielem. I tak byłoby niezależnie od wyjazdu.

CZY BĘDZIE TYM JEDYNYM PRZYJACIELEM?

Na początku na pewno.

Obie strony muszą mieć tego świadomość. On musi pogodzić się z tym, że będzie jedynym jej wsparciem, że będzie we wszystkim musiał pomóc – od podania kubka herbaty przy chorobie, przez wysłuchanie żalów na własną matkę aż do pomocy przy wyborze szminki. Ona – że przez jakiś czas będzie tylko z nim. Że ucieczka od niego na kawę z przyjaciółką nie będzie wchodzić w grę.

Jak długo to potrwa? To się dopiero okaże. Pomóc może tu szczęście – bratnią duszę przyjaciela można spotkać na rogu pierwszej przecznicy, ale czasem trzeba jej szukać ze szkłem powiększającym. I nie wiadomo, czy to łatwiejsze niż znalezienie igły w stogu siana.


WRZUĆ WRESZCIE NA LUZ

WRZUĆ WRESZCIE NA LUZ

Wstajesz i odpalasz komputer. Jeszcze bez śniadania sprawdzasz maile i odpisujesz na te najważniejsze. W biegu się ubierasz, wrzucasz laptopa, planer i parę innych drobiazgów do torby i wypadasz z mieszkania. W drodze do pracy pochłaniasz kawę na wynos i kupionego w piekarni na rogu pączka. Już w windzie, która wiezie cię wprost do twojego biurka, odbierasz telefon, jednocześnie starając się zanotować kilka ważniejszych terminów. Popijając kawę za kawą, kolejno wkreślasz zadania z listy na dziś, w międzyczasie mailując. Wyrabiasz się przed czasem, jak cudownie! Zdążysz więc jeszcze zrobić zakupy do domu i zajedziesz po drodze do myjni. A skoro w centrum handlowym zjesz też obiad, to zaoszczędzone pół godziny przed siłownią możesz wykorzystać na przygotowanie solidnej listy zadań na przyszły tydzień. Potem już tylko szybki trening i do domu, bo przecież czeka cię dzisiaj jeszcze chwila z projektem, który obiecałaś znajomemu. No i może zdążysz też zacząć sprzątać w komputerze, trochę się tego tam nagromadziło... W efekcie padasz do łóżka trochę później, niż miałaś, ale za to możesz odhaczyć wszystkie punkty z listy zadań. A jutro? Powtórka z rozrywki.

Brzmi znajomo? Jeśli tak, to witaj w klubie – jest z nami naprawdę źle.



wrzuć na luz walka ze stresem śniadanie miracle morning


BYLE SZYBCIEJ I BYLE DO PRZODU

Nie bez powodu wszyscy piszą na czerwono i pogrubioną czcionką o stresie. Jest zawsze z tobą, w byciu twoim towarzyszem jest zdecydowanie lepszy niż twój własny cień. Jeśli stres utrzymuje się na względnie wysokim poziomie przez niedługi czas, ma on w zasadzie same pozytywne skutki – mobilizuje cię do pracy, pozwala być wydajnym, szybkim i skutecznym. Przez niedługi czas – to jest właśnie kluczowa sprawa, o której dzisiaj już zapomnieliśmy.

Chcemy być świetnie zorganizowani, żyć pełnią życia, to jest: robić w życiu wszystko, i to najlepiej wszystko naraz, w sposób perfekcyjny. Kariera, pieniądze, podróże, świetna sylwetka, kawa z przyjaciółmi, pięknie urządzony dom – to, co znamy z pinteresta, chcemy przenieść do codziennego życia w tempie ekspresowym, więc bez przerwy pędzimy na najwyższych obrotach. Tylko że zmierzamy prosto w przepaść. Problemy z regularnym jedzeniem, ze snem, rozdrażnienie, przyspieszone bicie serca, osłabiony układ odpornościowy, a w perspektywie – problemy hormonalne, zawał, cukrzyca, wylew, depresja – tego nikt nie chce, tego nie ma na pięknych zdjęciach na instagramie. Ale tak to się skończy, jeśli nie zwolnisz trochę i nie pozwolisz sobie na luz.

POZWÓL SOBIE NA LUZ

Zamiast czytania irytujących maili od niesłownych klientów na czczo – zdrowe i pożywne śniadanie nad rozdziałem ciekawej książki. Zamiast wypełnionego aż po marginesy zadaniami planera - kilka priorytetowych spraw na dany dzień, a potem popołudnie bez planów. Zamiast biegania po markecie między pracą o siłownią – spokojne zakupy połączone ze spacerem wśród osiedlowych sklepików.
Brzmi jak sielanka, ale jest możliwe! Uśmiech do czerwonych truskawek na śniadanie, popołudniowa godzina z książką, pieczenie domowego zdrowego ciasta albo cały dzień poza miastem – pozwól sobie na to. Nie da się 24/7 żyć według kalendarza i zegarka. Zaakceptuj to. Pogódź się z tym, że nie wszystko dasz radę zrobić na czas, że nie każdą sprawę doprowadzisz do końca, że nie osiągniesz wszystkiego, co widzisz na inspirujących zdjęciach. Skup się na tym, na co naprawdę masz ochotę i rób to przy wyłączonym telefonie i bez straszącej listy zadań. Bo jeśli ty nie dasz sobie tego czasu do dyspozycji, to ktoś inny go przejmie. Już nie będzie twój. Będzie czasem tabletek, szpitali i innych nieprzyjemności.

Pomyśl o tym. Póki masz na to czas.




ZMIANA W ŻYCIU: EMIGRACJA

ZMIANA W ŻYCIU: EMIGRACJA

Niektóre zmiany w życiu przychodzą stopniowo. Na przykład koniec studiów - zaczynasz od rekrutacji, potem kolejno zaliczasz kolejne przedmioty, semestry, lata, aż w końcu piszesz pracę magisterską (albo robisz projekt, tak jak ja), bronisz się i już. Od pierwszego października pierwszego roku wiesz już dokładnie, kiedy moment zakończenia tej przygody nadejdzie i masz całkiem sporo czasu, żeby się do niego przygotować.


Są też takie zmiany, które należałoby określić mianem rewolucji. Z dnia na dzień twoja rzeczywistość staje się inna i nie pozostaje ci nic innego, jak przetrwać szok i stopniowo przyzwyczajać się do tej nowej sytuacji, już w niej żyjąc.


A zmiana moja i pewnie wielu innych osób jest gdzieś pomiędzy. Niby o niej wiem od jakiegoś już czasu, a jednak czuję, że będzie to rewolucja.


emigracja zmiana w życiu obawy

WYJAZD Z KRAJU – EMIGRACJA

Od czasów szkolnych zakładałam, że być może wyjadę kiedyś z kraju. Otwarcie mówiłam o tym, że chcę sprawdzić, jak żyje się za granicą, że będę chciała wyjechać na wymianę studencką. Ale mówiłam też, że na pewno wezmę na rok urlop dziekański i zrobię sobie ten słynny gap year, żeby wykorzystać tę możliwość, skoro mogę. A ostatecznie dziekanki nie wzięłam, więc szkolne mrzonki o emigracji trudno traktować poważnie.

Po szkole przyszedł taki etap, że wyjazd dla samego wyjazdu wydawał mi się bez sensu. Zaczęłam pracę w kraju i, mniej lub bardziej świadomie, żyłam w zgodzie z tym, że to tu właśnie jest moje miejsce. Zacieśniło się w tym okresie wiele moich przyjaźni, bo koniec liceum i początek studiów przetrwały naprawdę tylko te najważniejsze, tym bardziej więc było dobrze tak, jak było.

A teraz przyszedł ten moment, że naprawdę wyjeżdżam. I chyba ciągle w to nie wierzę.

Dlaczego w ogóle emigruję? Przez… chłopaka. A może dzięki niemu? To pewnie dopiero się okaże. Fakt jest jednak taki, że trwamy sobie z Michałem (tak, spolszczyłam sobie jego imię, a co!) w szczęśliwym związku na odległość i czas powoli tę rozłąkę kończyć. Dobrym momentem jest tegoroczne lato, skoro kończę w Polsce studia.

OBAWY EMIGRANTA

Emigrant musi być odważny, o czym pisała Justyna na blogu Już ja was urządzę!. Musi taki być, bo nie wyjeżdża na stałe dzięki nadziei na lepsze życie, ale pomimo obaw o to, że ono może nie nadejść. Ja też się trochę boję.

Boję się, że nie znajdę pracy. Szczególnie że z powodu wyjazdu porzucam etat w Polsce. Szczególnie że w naszym kraju teraz pracy jest mnóstwo, czeka na każdym rogu jak ulotki szkół policealnych. A w Hiszpanii nie.

Boję się, że nie znajdę przyjaciół i będę samotna. Na przyjaźnie w Polsce pracowałam kilka, a nawet kilkanaście lat. Poznałam w tym czasie mnóstwo ludzi, ale tylko kilka osób zostało przy mnie. Czy takie rzeczy zdarzają się więcej niż raz w życiu?

Boję się, że nie będę wsparciem dla rodziny. Rodzice, dziadkowie, ciocie, wujkowie – oni już nie będą coraz młodsi. Będą potrzebować pomocy, mojej pomocy. A mnie tu nie będzie. Zostawiam ich na pastwę starości. I strasznie mi z tym źle.

Boję się, że nie poradzę sobie z formalnościami. Bo jest ich mnóstwo. A im więcej czytam i się dowiaduję, tym bardziej to wszystko jest skomplikowane i trudne. I muszę to jakoś ogarnąć, im szybciej, tym lepiej, bo przecież niewygodnie się żyje w takim zawieszeniu.

I wreszcie boję się, że będę musiała wrócić. I tym samym przyznać się do pomyłki. To czarny scenariusz, który, mam nadzieję, nigdy się nie sprawdzi. Ale gdyby… to będzie mi strasznie głupio. I wstyd. I smutno. Tych uczuć właśnie bardzo się boję.

ZMIANY W ŻYCIU = ZMIANY NA BLOGU

Ten post jest zapowiedzią tego, że będę rozwijać kategorię wpisów o emigracji. Takie Trampki to blog o czymś więcej od życia, a ono za granicą będzie toczyć się dalej. W tekstach będę się dzielić radościami i smutkami, przeżyciami, przemyśleniami i wnioskami, czyli poruszę tę niepraktyczną, uczuciową część tego tematu. Jednocześnie planuję rozruszać znowu kanał YouTube, gdzie chciałabym opowiedzieć o wyjeździe bardziej praktycznie.

Mam nadzieję, że już za kilka tygodniu zaproszę Was na pierwszy od dawna nowy filmik. Trzymajcie za to kciuki! I za mnie, oczywiście.

Czy są tu jacyś emigranci? Dajcie znać w komentarzach, podzielcie się swoją historią. Chętnie poczytam :)



NARZĘDZIA DO PLANOWANIA, KTÓRE UWIELBIAM

NARZĘDZIA DO PLANOWANIA, KTÓRE UWIELBIAM

Uwielbiam proces planowania i organizacji czasu. Kocham tworzyć listy, tabelki, kalendarze… Lubię zarówno te ładne, ozdobione kolorowymi rysunkami, jak i te zwyczajne, czarno-białe, które dopiero co wyjechały z drukarki. Odkąd pamiętam, nie rozstawałam się z kalendarzem, ale to jeszcze nie znaczyło, że umiałam dobrze planować i organizować pracę.


Uczęszczałam do szkoły średniej o profilu artystycznym. Tam, na lekcjach rysunku, rzeźby czy malarstwa, tłumacząc nam zasady pracy nad dziełem, wszyscy profesorowie jak mantrę powtarzali hasło „od ogółu do szczegółu”. Teraz stwierdzam, że jest to fantastyczna zasada, określająca w prosty sposób zasady organizowania czasu, dzięki której można też dobrać odpowiednie do tego narzędzia. 

Poniżej przedstawiam Wam narzędzia, które ułatwiają mi planowanie pracy. Kolejność jest nieprzypadkowa – zgodna wyżej wspomnianą zasadą.

organizacja czasu, planowanie

NARZĘDZIA DO PLANOWANIA, KTÓRE UWIELBIAM


  • Roczne cele – to kilka ważnych punktów, które w danym roku chcę odhaczyć. Ja dzielę je sobie na kategorie (na przykład ZAWODOWE czy SPORTOWE). Osobiście nie zaliczam do nich po prostu spraw do załatwienia, czyli na przykład celem nie jest dla mnie sprzedaż samochodu. Są to pewne rzeczy, które chciałabym osiągnąć, jak na przykład skończenie studiów. Duże roczne cele dzielę potem na mniejsze etapy, których kompletowanie w kolejnych miesiącach ma doprowadzić mnie do realizacji konkretnego marzenia.
  • Kalendarz na cały rok – jest to narzędzie, którego jeszcze niedawno nie umiałam dobrze używać. Zamiast do planowanie i organizowania, służył mi tylko jako notatnik ważnych wydarzeń. To oczywiście też ważna jego funkcja, ale oprócz tego od niedawna zaznaczam w nim też trudniejsze okresy, które mnie czekają (bo na przykład jest wtedy sesja na uczelni) oraz te miesiące, kiedy nic bardzo stresującego nie powinno się dziać. Dzięki temu wiem, kiedy prawdopodobnie znajdę więcej czasu na przykład na czytanie książek branżowych czy wzięcie udziału w jakimś kursie.
  • Master list (czyli nadlista) – to taka lista spraw do załatwienia przed… Przed jakimś punktem w czasie. Na przykład: lista spraw do ogarnięcia przed wyprowadzką. Albo: lista spraw do załatwienia przed obroną pracy magisterskiej itp. itd. Jest to taka nadrzędna lista, którą spisuję sobie w wolnej chwili i stopniowo wykreślam z niej załatwione sprawy lub dopisuję nowe. Taka lista u mnie nie jest podzielona na konkretne miesiące, ma tylko deadline, w którym muszę się zmieścić. Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo często planując dany miesiąc czy tydzień, wartuję ją i wybieram, co z wymienionych tam spraw mogę akurat teraz załatwić.
  • Planer miesiąca – celowo nie piszę „kalendarz”, bo w moim przypadku to już dawno nie jest po prostu tabelka z datami. Oprócz niej, mam także listę mniejszych celów (nie: zadań czy wydarzeń) na dane 30 dni, listę zadań, które koniecznie w tym miesiącu muszę wykonać oraz miejsce poświęcone blogowaniu (taka mała ściąga z tego, o czym będę pisać, kiedy publikować, i co z każdym postem trzeba zrobić przed publikacją, żeby Wam się spodobał – mam nadzieję…). To ostatnie nie wszystkim oczywiście się przyda, ale można rozważyć stworzenie takiego miniplanera związanego z pracą, tresurą psa, planowaniem wyjazdu itp. Miesiąc planuję zazwyczaj dość szczegółowo na jakieś dwa tygodnie przed jego rozpoczęciem. Dlaczego akurat tak? Prawdę mówiąc, nie wiem. Wynika to pewnie z faktu, żewiele spraw organizuję z około czternastodniowym wyprzedzeniem oraz że inni też stosują mniej więcej ten okres. Na uczelni zapowiadają nam kolokwia zazwyczaj dwa tygodnie wcześniej, mniej więcej tyle czasu przed wyjazdem muszę też kupić bilety czy zarezerwować nocleg… Jakoś ten właśnie odstęp czasowy jest po prostu dla mnie odpowiedni.
  • Kalendarz na każdy tydzień – w nim rozrysowuję sobie małą tabelkę z godzinami i w każdym dniu zaznaczam te, w których będę czymś zajęta (będę mieć wykłady na uczelni, będę pracować, będę trenować albo będę na przykład na urodzinach kuzynki). Dzięki temu analogicznie, jak w przypadku planów na cały rok, widzę, które dni będą bardziej szalone, a które spokojniejsze. Dzięki temu mogę dla każdego dnia ułożyć odpowiednią listę zadań, która będzie możliwa do zrealizowania (to bardzo ważne! Nic nie cieszy i nie napędza do pracy tak, jak widok, że dziś udało ci się wszystko zrobić). W gorętszych tygodniach planuję w ten sam sposób odpoczynek – po prostu zakreślam część dnia tak, żeby już nic sobie wtedy nie planować. Kiedy robi się dużo rzeczy na raz, warto o to zadbać, bo bardzo łatwo w natłoku spraw zapomnieć o czasie dla siebie.

Osobiście używam też innych narzędzi do planowania. Testuję różnego rodzaju listy, tabelki, sprawdzam rozwiązania podpatrzone u innych. Jednak tylko bez tych wymienionych powyżej nie wyobrażam sobie organizacji pracy. Cała reszta często się przydaje, ale da się bez niej żyć i skutecznie działać. Czy to znaczy, że te kilka kalendarzy to złoty sposób na efektywne realizowania celów? Niekoniecznie. To, że dany sposób działa u mnie, nie znaczy, że sprawdzi się u wszystkich, ale może warto spróbować…? A nuż okaże się, że to niezły sposób ;) A jeśli jesteście ciekawi, jak mój planer wygląda w praktyce, zapraszam na MOJEGO INSTAGRAMA.

Napiszcie w komentarzu, czy planujecie ze szczegółami swoje działania? Czy raczej idziecie na spontan?

#05 MIESIĄC Z JUST: CHAOS, CHOROBA I NOWA MIŁOŚĆ

#05 MIESIĄC Z JUST: CHAOS, CHOROBA I NOWA MIŁOŚĆ


Seria wpisów MIESIĄC Z JUST to posty, w których piszę po krótce o tym, co u mnie słychać, oraz dzielę się tym, co dobrego mnie spotkało w minionym miesiącu. Znajdziecie w nim rzeczy, które ostatnio odkryłam i które polecam, aktualne wydarzenia z mojego życia oraz kilka refleksji na temat ostatnich tygodni. Zapraszam!


Kwiecień był w tym roku pierwszym w pełni wiosennym, choć może lepiej powiedzieć letnim, miesiącem. Były święta, były moje urodziny, przyjechał do mnie chłopak, świeciło słońce, znalazłam też nową miłość. Chyba trudno o bardziej pozytywny czas. A mimo wszystko bardzo cieszę się, że ten miesiąc już się skończył. Dlaczego?

nowa miłość wiosna

CHAOS WOKÓŁ MNIE

Kwiecień miał być miesiącem prostoty i minimalizmu, jeśli chodzi o planowanie. Chciałam mieć mniej na głowie i luźniejszy okres, aby móc spokojnie spędzić czas z chłopakiem, z którym jeszcze przez jakiś czas tak rzadko się widujemy. Chciałam mieć jak spokojnie cieszyć się dniem urodzin i piękną pogodą. Miało być cudownie, a wyszło… jak zwykle.

Były dobre złego początki – w czasie pobytu Michała w Polsce udało mi się wszystko tak poukładać, aby rzeczywiście mieć więcej czasu na wspólne spacery, oglądanie seriali czy zwyczajne nic-nie-robienie. Niestety, spychotechnika zemściła się na mnie później, gdy dopadły mnie skumulowane obowiązki, doszło więcej pracy, ruszyły z kopyta zaplanowane dużo wcześniej, a niepewne do ostatniej chwili projekty i… moim kalendarzem zawładnął chaos, wspierany przez stres i pośpiech. Praktycznie w żadnym tygodniu nie udało mi się wykonać tego, co miałam w planach, a przekładane na później sprawy kumulowały się w nieskończoność. Żyłam w zasadzie z dnia na dzień. Wysypał się mój plan treningowy, rozkład tygodnia, nie wychodziła zdrowa dieta… Po prostu wszystko zmierzało w stronę katastrofy.

WIELKI WYBUCH

I rzeczywiście, z chaosu powstał wielki wybuch. Po połowie takiego szalonego, stresującego miesiąc mój organizm się zbuntował i rozchorował. Dawno nie miałam już takiej gorączki. Przeleżałam kilka dni w łóżku, co dało mi wreszcie czas na bezwarunkowy odpoczynek z książką i serialami. Bez wyrzutów sumienia nie robiłam nic i odpuściłam. Musiałam. Choć oczywiście szkoda, że doszłam do tego wniosku dopiero wtedy, kiedy powiedziało mi o tym moje własne ciało.

nowa miłość scrapbooking

POZIOM KREATYWNOŚCI? POWYŻEJ SKALI

Kilka wolnych dni zaowocowało wzmożoną kreatywnością. Miałam czas czytać nie tylko książki, ale przeglądać też blogo- i vlogosferę. Tak trafiłam bloga Kasi Mistacoglu WORQSHOP.PL, na którym znalazłam mnóstwo inspirujących treści. Tam też pierwszy raz spotkałam się z rozwiązaniem pewnej kwestii, z którą od jakiegoś już czasu zmagałam się w głowie.

Zauważyłam kiedyś, że wraz z moim chłopakiem chętnie przeglądamy nasze albumy z dzieciństwa, ale już naprawdę rzadko zaglądamy do folderów z cyfrowymi zdjęciami, wykonanymi nieco później. Od jakiegoś już czasu nosiłam się z zamiarem powrotu do wywoływania kilkunastu najlepszych zdjęć w roku, aby w przyszłości móc do takich wspomnień łatwo i chętnie powrócić. Niemniej jednak nie do końca wiedziałam, jak chcę te zdjęcia magazynować. Lubią estetyczne i kreatywne rozwiązania, do których niestety nie zaliczają się typowe albumy, z kolei składanie layoutów z każdego roku na komputerze i zanoszenie do drukarni wydawało mi się nudnym i zniechęcającym zajęciem.

Na szczęście na blogu Kasi znalazłam fantastyczne rozwiązanie: PROJECT LIFE. Postanowiłam dać mu szansę i już zamówiłam album, w którym umieszczę wspomnienia z pierwszej połowy 2018 roku. Rok 2017 z kolei z powodzeniem uda mi się zamknąć w kilku kartach ręcznie robionego albumu, który w czasie mojego przymusowego pobytu w domu z ogromną radością zaczęłam już tworzyć. Bawienie się wspomnieniami, zdjęciami, albumem oraz te wszystkie piękne, kolorowe dodatki – to zdecydowanie moja nowa miłość.

A jak Wam minął ten pierwszy, całkowicie wiosenny miesiąc? Wycisnęliście z niego tyle, ile tylko się dało?

SPEŁNIANIE MARZEŃ A BYCIE FAIR

SPEŁNIANIE MARZEŃ A BYCIE FAIR

Ostatnio bardzo mocno skupiłam się na realizacji kolejnych, wytyczonych na ten rok celów. Pedantycznie, krok po kroku wykreślałam kolejne wykonane etapy pracy z listy zadań, żmudnie, szczebel po szczeblu pokonywałam drabinę, której zwieńczeniem miała być satysfakcja i sukces. Osiągnęłam to, co założyłam – przyszedł sukces i kolejny milowy krok w drodze do wymarzonego życia. Tylko jakoś pomiędzy tymi wszystkimi etapami i zadaniami zagubiłam zwyczajne bycie fair wobec ludzi wokół. I dlatego razem z sukcesem nie dostałam euforii szczęścia i satysfakcji. Było tylko jakieś takie kwaśne uczucie zakończenia kolejnego zadania.

marzenia sukces cel bycia fair stres spokój

HIERARCHIA WARTOŚCI

Po doświadczeniach ostatnich miesięcy dochodzę do wniosku, że zanim zabrałam się za odhaczanie kolejnych zadań listy celów, powinnam była stworzyć jakąś mocną hierarchię wartości. Taką, która jasno wyznaczałaby granice tego, co można poświęcić w imię celu. Która pomogłaby mi jasno ocenić, czy gra jest warta świeczki i czy dla realizacji marzeń warto przestać być fair. Bo czasem w ferworze walki, w trudniejszym momencie życia naprawdę można się trochę zgubić.

Co myślę o tym teraz? Czy ważniejsze jest bycie w porządku wobec innych ludzi, czy własne cele? To chyba zależy od ludzi.

CO JEST TWOIM CELEM

Ale nie tylko o byciu fair można zapomnieć. Dużo łatwiej jest zagubić swoje cele i w przeświadczeniu o konieczności bycia w porządku wobec innych zacząć spełniać ich cele i ich wizje. Wiem z własnego doświadczenia, że warto w spokojnym momencie znaleźć trochę czasu i usiąść z kawą czy herbatą nad kartką papieru, aby bez presji zdefiniować własne priorytety i zapisać wnioski. A potem strzec tej kartki jak oka w głowie, bo kiedy znów nadejdzie wielka burza w życiu, można będzie po nią sięgnąć, aby upewnić się, w którym kierunku iść.

I nie chodzi tu o to, że w życiu cele się zmieniają. Że marzyłeś o czymś, a potem życie zweryfikowało twoje oczekiwania, że zostałeś rodzicem i celem numer jednej jest teraz twoje dziecko albo że chciałeś być sportowcem, ale nabawiłeś się takiej kontuzji, że teraz priorytetem jest powrót do zdrowia. Mam na myśli raczej to, że nieraz tak bardzo chcemy być fair wobec innych, że zapominamy o byciu fair wobec siebie. A nie da się być w porządku dla ludzi, gdy nie żyje się w zgodzie ze sobą.

Problemem jest tylko odpowiedź na pytanie, jak znaleźć ten idealny balans między byciem fair wobec siebie i wobec innych.

ZA DZIESIĘĆ LAT

Ja mam na to sposób. Kiedyś podpowiedział mi go mój chłopak i odtąd za każdym razem, gdy waham się, jak postąpić, pytam siebie o to, co z aktualnych wydarzeń i rozterek będzie dla mnie ważne za dziesięć lat. Czy to, że postąpiłam nie fair wobec kogoś, kto i tak nie był mi bliski? Czy to, że odpuściłam swoje marzenie w imię bycia w porządku? Czy może wreszcie za dziesięć lat będę szczęśliwa w miejscu, do którego doprowadził mnie schodek, nad którego użyciem teraz tak bardzo się zastanawiam?

Wieloma sprawami dnia dzisiejszego niezmiernie się przejmujemy, a za dziesięć lat nawet nie będziemy o nich pamiętać. Czy więc naprawdę są aż tak ważne?

Czasem w życiu trzeba być cynikiem i chłodno kalkulować. Poświęcić coś w imię czegoś. Dokonać wyboru. Może dzisiaj nie da ci on bezwarunkowej radości i czystej satysfakcji, ale wiesz już, że w przyszłości sobie za niego podziękujesz.